Montmartre – drepczemy pod górkę i wymijamy innych turystów.

„X – litera równie rzadka
Jak drewniany,
Stary wiatrak.
Na wzniesieniu
Wiatrak stał,
Korzystając
Z wiatru siły.
Kiedy wiatr
Przychylny wiał,
Jego skrzydła się kręciły
I wprawiały żarna w ruch.
Sypał się z nich biały puch (…). ” Ryszard Marek Groński, ”X w: Wierszyki o literkach”

Moulin Rouge – czyli Czerwony Młyn

Wzgórze Montmartre, zanim zostało włączone w granice Paryża było miejscem pełnym winnic, wiatraków (około 30 sztuk), był też kamieniołom. Winnice dostarczały Paryżanom taniego wina, wiatraki taniej mąki, a potem wszystko się zmieniło. Oryginalne (i tanie) domy i przepiękne widoki przyciągnęły artystów, później było coraz więcej lokali, kawiarni, restauracji, powstał kabaret i miejsce to zmieniło się zupełnie. Gdzieniegdzie można odnaleźć ślad dawnych czasów, a podobno przez dawne prace górnicze w tym rejonie są zagrożone niektóre budynki. Pisałam przy okazji innego wpisu, że dzielnica ta przez jej rosnącą popularność i ceny nie jest już mekką artystów lecz przemysłu turystycznego.

Jeden z nielicznych młynów, które zostały jeszcze na wzgórzu.

Udało nam się znaleźć takie miejsce, które może choć trochę przypomina dawne czasy? Byliśmy w muzeum Montmartre, gdzie na końcu ogrodu można było zobaczyć taki widok:

Winnica

Prawda, że to nie wygląda jak Paryż? Z drugiej strony widok był równie niespotykany jak na centrum miasta.

A obok winnicy dwa ule :) Bardzo niecodzienny widok jak na Paryż.

Dzielnica Montmartre jest na pewno znana każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką, mieszkali tu wybitni malarze, pisarze, piosenkarze, kompozytorzy. Jest ich cała lista, wspomnę może tylko o kilku, bo trudno mi tu wymienić wszystkich: Vincent van Gogh, Henri de Toulouse – Lautrec, Camille Pissarro,  Pierre – Auguste Renoir, Edgar Degas, Satie, Fryderyk Chopin, Dalida, Liszt,  Wacław Niżyński, Hektor Berlioz, Jean Marais.  Na mnie robi to duże wrażenie, tylu twórców w jednym miejscu. Miejscu pięknym i nadal, mimo kłębiącego się tłumu turystów przy głównych atrakcjach (o bazylice napiszę w osobnym wpisie). Warto poświęcić trochę czasu i przejść się dalej, poza miejsca z listy „must see”. Oczywiście turyści będą wszędzie, ale będzie ich trochę mniej, będzie spokojniej i można się w spokoju „pogapić”.

Różowy Domek

Jak pisałam wyżej my poszliśmy do muzeum Montmartre i okazało się, że jest to najstarszy istniejący dom w tej dzielnicy.

Muzeum Montmartre z przodu

W środku muzeum jest piękna kolekcja obrazów, plakatów, zdjęć. Jest również do oglądania film prezentujący kankana, który zachwycił dzieci.

Muzeum Montmartre – widok od strony ogrodu.

Poza tym Montmartre to piękne uliczki i widoki (widok spod bazyliki pokażę w innym wpisie). Poniżej kilka miejsc z Montmartre.

Widok ze wzgórza.

A teraz zbliżenie tego, co widać z daleka:

Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru po Montmartre.

Korek w ciasnej uliczce

Dom porośnięty bluszczem.

Blois – magiczne miasto nad Loarą

Zamkowa rezydencja w Blois

Zatytułowałam wpis „magiczne miasto” nie dlatego, że Blois mnie jakoś szczególnie zauroczyło, choć przyznam, że jest to piękne miejsce z bardzo ładnymi widokami, ale głównie dlatego, że urodził się tutaj Houdini – słynny magik.  W Blois znajduje się teraz Dom Magii Robert – Houdin,  w którym można podziwiać pamiątki z nim związane i maszyny, które wykorzystywał w pokazach.

Dom Magii

Poza słynnym magikiem w Blois urodził się również Ludwik XII – król Francji, urodzili się tu również inni podobno znakomici Francuzi, ale ja ich nie znam niestety (tzn. przeczytałam nazwiska, ale nic mi to nie dało :D).

Zamek w Blois od drugiej strony

Leżące nad Loarą Blois ma długą historię, już w czasach rzymskich istniało tutaj miasto posiadające kanalizację, termy i urządzenia portowe. Od 1391 roku Blois było w posiadaniu rodziny Orleańskiej i rozwinęło się gospodarczo oraz również zyskało na znaczeniu jako rezydencja królewska. Po pewnym czasie miasto podupadło, ale dziękie temu, że po rewolucji francuskiej zostało stolicą departamentu Loire – et – Cher znowu zyskało na znaczeniu.

Most w Blois, przepiękny widok według mnie.

W Blois znajduje się też bardzo ciekawy kościół świętego Mikołaja, który jest interesującym przykładem budowki z pogranicza romanizmu i gotyku. Bardzo mi się ten kościół spodobał. Naprawdę bardzo.

Wejście do kościoła

Wnętrze kościoła

Przyjemny jest również spacer po mieście, uliczki i placyki są ładne. Spacerowaliśmy i po prostu oglądaliśmy otoczenie.

Uliczka – strefa pieszych

Cukiernia w Blois kusiła niezwykle kunsztownie przygotowanymi słodyczami, zauważyłam, ze we Francji jest duża dbałość o szczegóły, wszystko jest takie „dopieszczone”, aby było ładne i eleganckie.

Bardzo apetyczna wystawa cukierni

Nie zwiedziliśmy wszystkiego w Blois, bo nasz pobyt tam nie był zbyt długi, ale wydaje mi się, że zwiedziliśmy tyle, że cała rodzina była zadowolona. Byliśmy również na placu zabaw, co niesamowicie uradowało dzieciaki :)

Katedra.

Schody – uwielbiam takie uliczki, po prostu uwielbiam. Nawet jak trzeba nimi przejść :D

Zdobienie chodnika. Akurat najbardziej okazałe – czteroelementowe.

Co będzie dzisiaj na obiad? – wizyta we francuskim „spożywczaku”

„Losy narodów zależą od sposobów ich odżywiania” Anthelme Brillat – Savarin (pisarz francuski)

Francuska kuchnia należy według powszechnej opinii do najlepszych kuchni na świecie. Faktycznie jedzenie owszem jest bardzo dobre, ale ja należę do takich, którym wiele rzeczy smakuje, to mogę nie być zbyt dobrym krytykiem kulinarnym. Jednak wiele francuskich przepisów jest zbyt wyrafinowanych i udziwnionych jak na mój gust. Według mnie polskie jedzenie też jest bardzo dobre i nie musimy się wstydzić ani polskiej kuchni ani polskich przepisów – myślę, że spokojnie możemy promować polską kuchnię na całym świecie. Ja bardzo lubię gotować i kluczowe wydaje mi się dobranie dobrych produktów, a potrawa już musi wyjść dobra :D

Chyba wyznaję podobną filozofię jak Joey z „Przyjaciół” (kluczowa kwestia Joey’a na samym końcu):

Jednak nie chciałam pisać o francuskiej kuchni ale o produktach, które są dostępne tutaj w sklepach – jakie różnice z polskimi sklepami i produktami zauważyłam do tej pory (a raczej jakie mi się przypomną w trakcie pisania tego wpisu :D). Do tego wpisu częściowo zainspirowała mnie Marta Sz., która napisała mi niedawno o sklepach we Włoszech, gdzie była na wakacjach. Z Martą w sprawie włoskich sklepów się zgadzam, ale teraz czas na francuskie sklepy spożywcze.

Sklepów jest generalnie mniej niż w Polsce, albo ja miałam do tej pory wielkie szczęście mieszkać w Polsce w  dobrze „usklepiowionych” okolicach. Mnóstwo osób korzysta z wózków ( takich worków na kółkach, po francusku „chariot de course”) na zakupy, ponieważ dojazd do sklepu jest trudny ze względu na permanentny brak parkingów oraz znaczne odległości od miejsca zamieszkania do sklepu. Po prostu ciężko byłoby nieść zakupy dłuższy kawałek. Taki wózek to super pomysł i chyba kupię sobie taki jeden na pamiątkę i zabiorę do Warszawy – oczywiście będę korzystać, teraz korzystamy z wózka będącego „na stanie” naszego francuskiego mieszkania. Takie wózki są też w Polsce, ale nie są tak popularne jak tutaj.

Prezentacja takich wózków znajduje się w tym filmiku:

http://www.youtube.com/watch?v=LGwBh6lSa24

oraz można obejrzeć je tutaj:

http://www.auchan.fr/recherche/chariot$0020de$0020course/?textSearch=chariot%20de%20course&category=searchMode:manualSearch|searchDisplayType:2|searchEngine=new

A co do samych zakupów. Wybór jest duży – nie można narzekać, jednak trochę (taką małą odrobinkę) brakuje mi produktów, które znam i używam w Polsce: kaszy gryczanej, kaszy jęczmiennej, pieczywa które lubię – bo mi bagietki ogólnie nie smakują i mam wybrane dwa sklepy, w których pieczywo według mnie jest dobre (w miarę). Moim dzieciom strasznie brakuje ogórków kiszonych. Znaleźliśmy w Auchan stoisko z polskim jedzeniem, niestety kiszonych tam nie było, ale był mak – to wzięliśmy mak zamiast kiszonych :D i zrobiliśmy sobie makowiec. Poza polskim stoiskiem maku nie widziałam.
Nie ma pierogów takich jak w Polsce, ale jest taki wybór różnych pierożków włoskich w prawie każdym sklepie, że tylko wybierać i przebierać. Pierożki bardzo smaczne z tak różnorodnym nadzieniem, że aż miło próbować.

To nie jest tak, że tęsknię za jakimś jedzeniem z Polski, w końcu nie jestem tu bardzo długo, a poza tym wiem, że za jakiś czas wracam i wręcz staram się próbować rzeczy, których nie mam w domu na codzień – np. ślimaki, czy ciasteczka macarons.

Macarons

 

Jeżeli chodzi o warzywa i owoce, to wybór jest ogromny i czasami spotykam się z czymś, czego w Polsce do tej pory nie widziałam. To akurat duża zaleta.
Makarony, jogurty, masło, śmietana, mięso – podobnie jak w Polsce, część marek jest światowa (ach ta globalizacja…) więc możemy nawet kupować te same produkty, co w Warszawie. Jednak… według mnie sery smakują tu inaczej. Są bardziej aromatyczne. Nie wiem, czy to kwestia autosugestii, bo przecież Francja  słynie z serów i tym się zasugerowałam? Ale chyba nie… Mój osobisty mąż też tak uważa i choć my możemy być zasugerowani wspólnie, to nie jest to tylko nasza opinia.

Nie wygląda pięknie – ale jest to obłędnie, OBŁĘDNIE smaczny ser.

Musztarda również smakuje tu inaczej – jest jakby ostrzejsza (jak się za dużo zje to ostrość wychodzi nosem :D – jak na kreskówkach ). Fantastyczny jest ogromny wybór aromatyzowanej oliwy – orzechami, cytryną, czosnkiem, papryczkami – chętnie je kupuję.

Małe kiełbaski o trzech smakach – paprykowym, naturalnym i orzechowym.

I jeszcze o mrożonkach – naprzeciwko naszego mieszkania jest sklep z mrożonkami Picard, w sklepie tym można kupić wszystko. Mają nawet mrożone małe kanapeczki, które po rozmrożeniu można od razu zjadać (nie wiem, czy dobre, bo ja je tylko oglądałam). Jest tu przeogromny wybór ryb i mrożonych warzyw i mrożonych ziół – cała osobna duża lodówka na mrożone zioła. Oczywiscie są też lody, mrożone owoce, owoce morza, puree z chyba wszystkich możliwych warzyw, które się na puree nadają. Mrożonki jako produkty i mrożone potrawy gotowe. Sklep Picard naprawdę mnie zaskoczył, bo nie widziałam wcześniej tylu mrożonek na raz i nie spodziewałam się niektórych potraw w postaci mrożonej.

Dla kogo jest miasto? Pieszy rządzi!

„Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć.” -

-  Kuba Sienkiewicz, Jestem z miasta, piosenka Elektrycznych Gitar.

Jakiś czas temu pisałam o tym, jak Paryżanie i Francuzi korzystają z trawy, robiąc pikniki lub po prostu odpoczywając na trawie. Bez wątpienia potrafią korzystać z dostępnych zasobów przyrody – o bez wątpienia… http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/02/ale-za-to-niedziela-ale-za-to-niedziela-w-niedziele-bedzie-piknik-park-monceau/

Przejście dla pieszych w pobliżu Moulin – Rouge.

Teraz chciałabym powiedzieć kilka słów o przechodzeniu przez ulicę i o tym jak się traktuje tutaj (we Francji) pieszego. Dlaczego taki temat? Czytam cały czas polskie wiadomości, również warszawskie i przeczytałam artykuł dotyczący jednego przejścia (w sensie miejsca) przez ulicę. Na Bródnie, niestety nie pamiętam nazwy ulicy, piesi przechodzą regularnie w pewnym miejscu, gdzie nie ma wyznaczonych pasów i urząd miasta „zastanawia się” czy zrobić tam przejście, czy nie będzie to przeszkadzało kierowcom. A przejście jest w miejscu takim „strategicznym” dla ludzi, jak wynikało z artykułu, było to dojście z osiedla do sklepu i chyba do przedszkola czy szkoły, a może do przychodni? Nie pamiętam. W każdym razie z opisu wynikało, że przejście w tym miejscu jest oczywistą oczywistością i dziwne, że go nie ma. I niepojęte dla mnie był ten tekst, „czy nie będzie to uciążliwe dla kierowców” – zwłaszcza, że był to teren osiedla mieszkaniowego.
Dlaczego dla mnie to niepojęte? Bo mieszkając tutaj bardzo szybko przyzwyczaiłam się, że miasto jest dla ludzi i ludzi się szanuje a pieszy ma pierszeństwo i koniec kropka. Obawiam się teraz, że po powrocie do Warszawy zginę podczas przechodzenia przez ulicę.

 

Jezdnia na Montmartre.

Jasne, że w Paryżu i we Francji nie przechodzę na czerwonym świetle przez wielkie ulice, gdzie samochody bardzo szybko jadą, bo nie jestem szalona. Nikt nie jest i na takich światłach/ przejściach ludzie czekają. Ale również na wielu wielkich skrzyżowaniach nie ma świateł i nie boję się tutaj przechodzić, bo wiem, że ja mam pierszeństwo – i faktycznie je mam. A na wiele spokojniejszych skrzyżowaniach i ulicach w Warszawie bałabym się przejść, gdyby nie było świateł. Na mniejszych skrzyżowaniach we Francji przechodzę również na czerwonym świetle – i wszyscy tutaj tak robią. Odnoszę wrażenie, że czerwone światło to tylko wskazówka, że mam uważać bardziej. Nawet, gdy ja mam czerwone światło to często samochody sie zatrzymują, gdy zrobię jeden krok na jezdnię. Nikt nigdy na mnie nie zatrąbił ani nie okazał zdenerwowania, gdy wychodzimy na jezdnię praktycznie „gdzie nam się podoba” – w granicach rozsądku oczywiście. Poza tym jest dużo stref „tylko dla pieszych” – co mi się ogromnie podoba. Pisałam również o dzielnicy La Defense, która jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, a do budynków samochodem. można sie dostać podziemnymi korytarzami: http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/06/w-cieniu-wielkiego-luku-dzielnica-la-defense/ Wszystko można jak widać, trzeba tylko chyba dobrze ustawić priorytety.

Strefa bezsamochodowa w pobliżu naszego mieszkania.

Również patrząc z „drugiej strony” uważam, że  Paryż jest miejscem, gdzie jeździ się przyjemniej niż w Warszawie.

Generalnie ludzie tutaj są dla siebie milsi, czy to w sklepie, czy na poczcie, czy wreszcie na drodze i na przejściach. Są spokojniejsi i wygląda na to, że aż tak się nie spieszą jak w wiecznie goniącej gdzieś Warszawie. Tak to wygląda moim zdaniem i po cichu liczę, że jak wrócę to ja mając inne nastawienie do życia będę widziała również inne otoczenie.

I bardzo chciałabym, aby polskie miasto, trawa, przyroda były DLA LUDZI, których się szanuje a oni z kulturą korzystają z dostępnych zasobów.

Muzeum Carnavalet w dzielnicy Marais – czyli jak się mieszkało kiedyś w Paryżu

Ulica w Marais

Pewnego dnia wybraliśmy się do dzielnicy Marais, która jest historyczną dzielnicą Paryża (ale w sumie, co w Paryżu nie jest historyczne?) i obejmuje obszar III. i IV. administracyjnej dzielnicy. O Wielkiej Historyczności tego obszaru niech świadczy też fakt, że znajduje się tutaj najstarszy plac miasta – plac Wogezów (place des Vosges). Z nazwą jest związana ciekawa historia; kiedyś plac nazywał się inaczej -mianowicie był Placem Królewskim (inauguracja placu – połączona z postawieniem tutaj karuzeli, nastąpiła w roku i z okazji ślubu Ludwika XIII z Anną Austriaczką). Jednak po rewolucji nazwa została zmieniona na cześć departamentu Wogezów, który jako pierwszy zapłacił należny podatek na rewolucyjne wojsko (czyż to nie ciekawa zachęta do płacenia podatków? Można powiedzieć nawet, że urocza.). Na placu pod numerem 6 mieszkał kiedyś Wiktor Hugo („Aby być dobrym, nie wystarczy przemilczeć pewnych prawd. Trzeba jeszcze mówić pewne kłamstwa”). pod numerem  21 kardynał Richelieu („Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.”), a pod numerem 8 pisarz Gautier („sztuka dla sztuki”) i wreszcie pod numerem 23 malarz Dufrenoy. Mieszkania mieli tam również inni ważni Francuzi, ale ja wymieniłam tylko najistotniejszych (wybór mój  osobisty i oczywiscie subiektywny).

Plac Wogezów, fontanna na środku.

Plac Wogezów – ściana boczna

 My nie zwiedziliśmy całej dzielnicy Marais, ponieważ wybraliśmy się głównie w celu odwiedzenia Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża (historia w historycznej dzielnicy! Co za dzień!).  Jednak przy okazji obejrzeliśmy powyżej opisany plac, kilka ulic  i ciekawych budynków oraz całkiem ładny kościół Saint – Paul – Saint Lous (pierwszy jezuicki kościół w Paryżu), w którym ślub (między innymi jak przypuszczam ;))  brała Leopoldina Hugo córka pisarza Wictora Hugo. Losy Leopoldiny są przygnębiające, ponieważ utopiła się w Sekwanie kilka miesięcy po ślubie. Jej maż, który chciał ją uratować utopił się również. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle, ale można powiedziec, że Leopoldina była ofiarą mody.  Z tego, co przeczytałam wynika, że przyczyną wciągnięcia jej pod wodę były cieżkie, mokre suknie.  Przez to, że kiedyś kobiety nosiły TAAAKIE wielkie suknie, to po tym jak Leopoldina wpadła do wody i się „namoczyła” to stała się bardzo ciężka. Jej mąż, który chciał ja wyciągnąć nie dał rady po prostu i poszli przez to oboje na dno. Przykra historia. Może na przekór temu, że Paryż to stolica mody trzeba pamiętać o praktycznej stronie życia, zwłaszcza jak się wybiera na rejs po Sekwanie.

Kościół świętych Pawła i Ludwika w dzielnicy Marais

Wnętrze kościoła.

Nie wiem, czy później będę jeszcze opisywać osobno dzielnicę Marais, więc teraz kilka słow na jej temat. Marais znaczy po francusku „bagno” – kiedyś były tutaj mokradła, które w średniowieczu osuszono a teren ten przeznaczono na uprawy.

Biblioteka.

Po jakimś czasie, wraz z rozwojem miasta miejsce to stało się modne wśród arystokracji (która pozostawiła po sobie wiele pięknych rezydencji), w dwudziestoleciu międzywojennym zamieszkali tu dużą grupą Zydzi (dzięki nim dzielnica znowu ożyła), a po II wojnie światowej artyści, którzy „uciekli” z Montmartre, które stało się zbyt atrakcyjnie turystycznie i tłum turystów nie pozwalał artystom na dostateczną swobodę.

jaka ulica.

Teraz artyści mieszkają znowu gdzieś indziej (podobno w okolicy najbrzydszego, według opinii wielu Paryżan, budynku miasta – wieżowca Montparnasse, z którego z kolei jest najpiękniejszy widok na miasto, bowiem jest to jedyne miejsce, gdzie nie widać jego samego :D), bo Marais przez to, że stało się modne – stało się zbyt drogie. Jednak w okolicy jest mnóstwo pięknych budynków i ciekawych muzeów, z których jedno dzisiaj opiszę. Spacerowanie ulicami Marais jest według mnie przyjemne jak każda trasa po Paryżu, w tym mieście można sobie po prostu iść i się cieszyć, że się idzie. Jasne, że są miejsca ciekawsze i mniej ciekawe turystycznie, ale wszystkie mają UROK. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że jest to urok magiczny, bo znaleźliśmy podczas naszego spaceru Muzeum Magii. Jest to prywatne muzeum otwarte niestety tylko kilka razy w tygodniu po południu, a nam nie udało się w te godziny otwarcia trafić  (tym razem!)- ale to nie szkodzi, będziemy mieć dobry pretekst by pojechać tam jeszcze raz.

Muzeum Magii

Przechodziliśmy też koło remizy strażackiej, wyjazd jest naprawdę ciasny, ale wóz strażacki się chyba mieści, skoro za bramę wjechało ich kilka.

remiza

A poniżej jeszcze źródełko wody pitnej. Takich źródełek (niekoniecznie tak wyglądających, czasami są to tylko zwykłe kraniki) jest dosyć dużo w Paryżu, woda jest zdatna do picia i można korzystać bez ograniczeń. Bardzo to sympatyczne. My korzystamy bez oporów i myślę, że to kolejny dowód na to, że Paryż to miasto przyjazne ludziom. Niby drobiazg, bo to przecież tylko woda, a efekt ogromnie pozytywny.

źródełko wody pitnej

Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża, w którym zwiedziliśmy część przestawiającą wnętrza dawnych mieszkań paryskich (są to bez wątpienia mieszkania bogatych i bardzo bogatych mieszczan).

pokój do muzykowania

różne biurka

 

Salonik

Kominek i zegar

Figurki

Figurki

Obejrzeliśmy również liczne przedmioty i symbole związane z rzemiosłem i handlem istniejącym w mieście:

Poza tym w muzeum jest dosyć ciekawa galeria obrazów, przestawiających Paryż  i jego mieszkańców w różnych okresach istnienia miasta. Jest również sala z portretami znanych mieszkańców Paryża. Zdjecia obrazów mi nie wyszły, bo strasznie odbijało się w nich światło, ale za to mam zdjęcie czegoś lepszego (przynajmniej tak mi się wydaje). Za galerią obrazów były prezentowane mieszkania ważnych ludzi kultury i był tam pokazany między innymi pokój Marcela Prousta. Jak zobaczyłam ten pokój, to o ile nie jest to zmyślona historia, że to faktycznie jego pokój, to zaczęłam mu współczuć – łóżko wyglądało na bardzo niewygodne, a pisarz spędzał w nim podobno dużo czasu.

Podsumowując ten dzień pełen historii – muzeum polecam do zwiedzenia, choć nie myślę, że to punkt obowiązkowy podczas krótkiej wizyty w Paryżu. Jednak jest ciekawe – pomieszczenia, obrazy, ciekawe przedmioty, makiety miasta – znajdzie się tu coś dla małych i dużych. Eksponaty są dosyć różnorodne. Poza tym nie jest to bardzo duże muzeum (choć nie jest też małe), więc zwiedzanie nie jest za długie – a to ważne, gdy zwiedza się z dziećmi.

W cieniu Wielkiego Łuku – dzielnica La Defense

Wielki Łuk

Dzielnica La Defense formalnie nie leży już w Paryżu, ale jak pisałam wcześniej granica pomiedzy Paryżem a najbliższymi „sąsiadami” jest cienka jak włos. I choć od obwodnicy Paryża jest już to pewien kawałek (3 stacje metra) to na dobrą sprawę nie czuje się wcale tego, że tę granicę się przekroczyło – zwłaszcza, że o całym Paryżu (rozumianym w sensie administracyjnym) można praktycznie powiedzieć, że to po prostu centrum najbliższej okolicy. Poza tym ta odległość jest naprawdę nieduża dla wyspacerowanego dorosłego, a dla małych dzieci (takich jak moje) jest w zasięgu ich możliwości – doszliśmy bez problemu już za pierwszym razem, choć później małe stopy były już zmęczone długim spacerem i wracaliśmy do domu metrem.

Zblizamy sie do dzielnicy La Defense

Najkrótsza droga prowadzi wzdłuż ruchliwej ulicy, co nie jest super przyjemne, ale ma się dzięki temu możliwość obserwowania „zbliżających się” wieżowców.

La Defense to głównie mnogość wieżowców, ale pomiędzy nimi są różne ciekawe miejsca i zaskakujące budowle/konstrukcje. My mamy jedno takie miejsce, które jest naszym ulubionym w tamtej okolicy. Widać z niego dwa ważne zabytki Paryża – szczegóły na poniższym zdjęciu. Proszę dobrze popatrzeć, co ciekawego znajduje się na dalszym planie – w sumie już przy linii horyzontu :).

Jednoczesnie widac i luk triumfalny i wieze Eifla.

Ten zbiornik wodny, ze sztucznymi kwiatami (chyba to są kwiaty?) bardzo zachęca do zatrzymania się przy nim i posiedzenia, zwłaszcza, że oferuje: ciekawy widok, ławki i stoły, oryginalną architekturę dookoła. Jest to zaskakująca alternatywa dla typowego miejsca piknikowego/odpoczynkowego na trawie, ale bardzo popularna – w porze obiadu trudno było znaleźć wolne miejsce przy stole.

Super miejsce piknikowe – dookoła zbiornika wodnego ozdobionego sztucznymi kwiatami (?) ławy i stoły.

Ławki piknikowe – podczas przerwy obiadowej zapełniają się pracownikami pobliskich wieżowców.

To co „rzuca się w oczy” w dzielnicy La Defense to brak zieleni, co nie znaczy, że zupełnie jej nie ma (dowody, że jest obecna zamieściłam na niektórych zdjęciach), ale jest w pewien sposób przytłoczona zabudową – jakby tutaj trochę nie pasowała. Jest za to tutaj coś innego, czego nie ma w całym Paryżu, zupełnie inny klimat i nastrój – bowiem dzielnica La Defense to dzielnica biznesu, strzelistych wieżowców, nowoczesności, zaskakujących rzeźb. Jednak nie ma tam takiej nerwowej atmosfery pośpiechu jak w centrum Warszawy. Francuzi generalnie sprawiają wrażenie zrelaksowanych ludzi, nawet w miejscu, gdzie obraca się dużymi sumami jak tutaj. Tego relaksu naprawdę im zazdroszczę. Spokój i uśmiech jest widoczny prawie w każdym miejscu – jeżeli jest coś, co chciałabym zabrać ze sobą jako pamiątkę z naszego pobytu tutaj, to właśnie francuskie zrelaksowanie się i radość życia.

w oddali rzeźba kciuka.

Cała ta nowoczesność – czyli biurowce, szkło razem sprawia, że jest to miejsce, które zdawałoby się nie jest „spacerowe” – ale my byliśmy tam kilka razy z prawdziwą przyjemnością spacerując i odkrywając kolejne niespodzianki.

Czerwona rzeźba.

Na pewno najważniejszy do odwiedzenia jest Wielki Luk, który leży na tzw. Paryskiej Osi Historycznej.

Widok na łuk triumfalny z brzegu dzielnicy La Defense

Dzięki temu jest doskonale widoczny spod Luku Triumfalnego (i oczywiście Luk Triumfalny jest widoczny spod Wielkiego), co daje fantastyczny efekt.

Wielki Łuk widoczny z Łuku Triumfalnego.

Spod jednego łuku obserwujemy drugi. Jeden stary i rzeźbiony – drugi nowoczesny, dosyć kanciasty w formie. Blisko naszego mieszkania jest dobry punkt obserwacyjny, z którego możemy obserwować doskonale dwa łuki -oczywiście niejdnocześnie :D. Jest to coś co wzbudza niekończący się entuzjazm u moich dzieci – wykrzykują na zmianę nazwy obu łuków i bardzo się tym cieszą.

Wielki Luk - La Grande Arche de La Défense, a właściwie Grande Arche de la Fraternité - czyli wielki łuk braterstwa to budynek, który miał uczcić ludzkość i idee humanitarne. W jego wnętrzu znajdują się biura, są wystawy.

Kształtem jest prawie sześcianem. W dolnej części jego prześwitu jest umieszczona nieregularna konstrukcja nazwana Chmurą, która ma celowo zaburzać harmonię i symetrię olbrzymiego łuku.

Łuk z boku

Warto usiąść na jego schodach (schody są z obu stron) i po prostu posiedzieć i się „pogapić” przed siebie.

 

Po drugiej stronie łuku jest taki widok.

My tak siedzieliśmy wiele razy i za każdym razem jest miło. Mimo, że patrzymy przecież na ten sam widok :) A dla rozrywki kiedyś byliśmy świadkami jakiegoś biegu dookoła wielkiego łuku – więc nigdy nie wiadomo, co się wydarzy :D

Zawody.

Do spacerów zachęca też fakt, że powierzchnia dzielnicy jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, do wieżowców można dostać się drogami w podziemiach. Jedyne auto jakie widziałam na powierzchni to było auto jakiś służb miejskich i poruszało się prędkością ślimaka i migało wszystkimi możliwymi światłami.

Hawr – powojenny żelbetonowy feniks

Wieża dominująca nad miastem.

Hawr jest miastem przemysłowym, największym portem Francji położonym w Normandii. Podczas drugiej wojny światowej tereny te były niemal całowicie zniszczone, dlatego poza jednym kościołem  - katedrą Notre Dame przy rue de Paris, nie ma tu przedwojennych zabytków.

Katedra Notre Dame – zabytek sprzed II wojny

Wnętrze kosciola Notre Dame, prawda, ze nie jest zaskakujące?

Bardzo chciałam zobaczyć Hawr z kilku powodów: chciałam zobaczyć Kanal La Manche (czy morze będzie wyglądało tam inaczej? :D), most Normandzki (most wantowy – czyli podwieszany z 1995 roku,  łączy Hawr i Honfleur, długość całego mostu 2143 m, projektant  Michel Virlogeux ) oraz przede wszystkim chcialam zobaczyć planowo (czyli sensownie i z namysłem) zbudowane miasto. Bowiem Hawr po 1945 roku został zaplanowany całkowicie od nowa, przeczytałam, że jest to „wzorcowo, od podstaw, zbudowane miasto” i dzięki temu całe cenrum Hawru znajduje się na Liście Swiatowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO (tak jak warszawska Starówka).

Most  Normandzki przejechaliśmy i zobaczyliśmy – podobał mi się bardzo, robi duże wrażenia zarówno tym jak on wygląda jak i widokami z mostu.

Wjazd na most.

Jedziemy przez most Normandzki.

 

Architekt Auguste Perret, który był głównym projektantem Hawru nazywany jest „ojcem żelbetu” – ponieważ jako jeden z pierwszych zaczął stosować żelazobeton w budownictwie i wymyślił taki sposób konstrukcji szkieletowej, który pozwalał na dowolne zaprojektowanie wnętrza w zależności od potrzeb. O Auguste Perret mówi się też, że był  ”poetą żelbetu”, sam architekt powiedział tak: „L’architecte est un poète qui pense et parle en construction” – co przetłumaczyłabym jako „Architekt jest poetą, który myśli i mówi budowlą”. Jeżeli ktoś ma pomysł na lepsze tłumaczenie, to zapraszam – mój francuski jest raczej kiepski.
Perret położył podwaliny pod to, co nazywamy nowoczesną architekturą. Jego dokonaniami inspirowali się następni wielcy architekci, między innymi Le Corbusier. Wielkie nazwiska – jak tutaj Corbusiera –  robią wrażenie, więc myślę, że teraz wszyscy zdajemy sobie sprawę z zasług Perreta, który przynajmniej dla mnie był nieznany wcześniej.

„Poeta i ojciec żelbetu” – szystko stało się jasne, gdy zobaczyłam Hawr. Miasto jest betonowe i dosyć kanciaste. Jest inne i jest trudne w odbiorze. Spacerując tam zadawałam sobie kilkakrotnie w głowie pytanie, czy mi się tam podoba czy nie. Nie jestem pewna, czy chciałabym tam mieszkać, choć trzeba przyznać, że dla człowiek przyzwyczajony do pewnego okresu polskiej architektury czuje się tam jak u siebie.

 

Centrum

Jednak, co ważne, w mieście jest dużo zieleni (700 hektarów terenów zielonych), są piękne ogrody – o jednym z nich napiszę za chwilę.

Szklarnie i trawnik – jeden z poziomów Wiszących Ogrodów, o których będzie niżej.

Poza betonową kanciastością zaskoczył mnie budynek domu kultury Le Volcan, który przypomina (ma przypominać?) wulkan. Architektem jest Oscar Niemeyer, który projektował budynki w Brasilii. Szłam do tego budynku z wielką chęcią i entuzjazmem, bo chciałam zobaczyć coś innego i przeżyłam duże rozczarowanie. Nawet nie chciało mi się go długo oglądać, wyobraźnia niestety podpowiedziała mi coś zupełnie innego i jak zobaczyłam biały „wulkan” (a raczej dwa białe wulkany) to zostało mi do powiedzenia tylko „łeeee”.  Później przeczytałam, że o tym miejscu mówi się czasem „kubek jogurtu”, więc pewnie nie tylko ja miałam mieszane uczucia, co do urody tego miejsca. Myślę, że jakbym szła do ośrodka kultury „le yaourt” zamiast do „le volcan” to bardziej czulabym pewność, że trafiłam w dobre miejsce. Jednak mimo wyglądu, który pewnie wielu się może podobać, ten ośrodek kultury jest bardzo ważny dla regionu i całej Francji.

Ale Hawr to nie tylko budynki i modelowa urbanistyka. To również ciekawa plaża, z której mieszkańcy intensywnie korzystają, my akurat mimo średniej pogody trafiliśmy na dni sportu i było dużo atrakcji do oglądania, poza tym ludzie puszczali latawce – może też w ramach tych dni sportu, tego nie wiem.

 

Plaża jest kamienista, ale siedziało się na niej super.

Spędziliśmy dużo czasu po prostu patrząc się przed siebie na fale, dzieci szukały fajnych kamieni. Bardzo miły relaks. To było właśnie to, czego oczekiwałam od morza. Tego spokoju, który udzielił się również mnie, wtedy pomyślałam, że przyjemnie tu się pewnie żyje.

Jest to miasto portowe, wiec podczas spaceru wdłuż wybrzeża obserwowaliśmy też statki.

w porcie

A teraz czas na opisanie ogrodu, który zrobił na mnie duże wrażenie swoją estetyką, pomysłowością i widokiem jaki się ze niego roztacza. Odwiedziliśmy „Wiszące ogrody”, które mieszczą się w czymś w rodzaju starego fortu. Są wielopoziomowe, bogate w różnorodną pięknie zadbaną roślinność, a z najwyższego „piętra” rozpościera się przed nami niezwykły widok na centrum miasta i port.

 

Widok na centrum miasta

I tak jak pisałam wcześniej, wcale nie jestem pewna, czy chciałabym tam mieszkać, ale było tam, w tej zieleni i betonie Hawru coś, co chwytało za serce i człowiek czuł się tam szczęśliwy. Może to przez morze? Może to przez zieleń? Może przez dosyć znajomą architekturę?
W przewodniku przeczytałam, że Hawr jest zwykle omijany przez turystów. Chciałabym tutaj zaapelować do wszystkich, jeżeli będziecie kiedyś mieli okazję tam pojechać, to skorzystajcie z niej. Zobaczycie ciekawe miasto, bo interesujące miejsca to nie tylko architektura pełna rzeźb i gargulców, prawda?

 

 

 

Miejska dżungla i wizyta w zoo

Blisko naszego mieszkania jest taka piękna uliczka. Jest czysta, ładna, pełna kwiatów. Wystawy są eleganckie, domy zadbane. Gdy nagle na chodniku zobaczyliśmy takiego „zwierzaczka”:
 Był duży i wyglądał strasznie. „Na oko” miał pomiędzy 10 a 15 cm długości, a że od tego dnia, w którym go znaleźliśmy minęło już kilka dni, to robal urósł w mojej głowie i wspomnianiach i wydaje mi się, że mógł mieć i z 20 cm… :D To tak jak wędkarzami fantastami – „złowiłem taaaaakąąą rybę!”. Niestety nie miałam pod ręką nic, co mogłabym koło niego położyć aby pokazać jaki jest duży a bałam się postawić koło niego nogę, bo nie wiedziałam jaki jest szybki i obawiałam się spotkania z jego kleszczami, a miałam sandałki i odkryte palce. Później okazało się, że dobrze zrobiłam, bo po nas oglądał go pewien pan, który skierował ku niemu stopę i robal złapał go szybko i mocno. Pan dosyć długo musiał strzepywać robala z buta. Zrobiłam mu za to zdjęcie ze słupkiem ulicznym.
Jeżeli tak „ostro” rozpoczęliśmy dzień, to nie zostało nam nic innego jak udać się do zoo i obejrzeć różne inne zwierzęta, skoro dostaliśmy tak jednoznaczna wskazówkę od natury (zew natury po prostu, nie można było tego zignorować, a zgodnie z ostatnimi trendami z naturą trzeba w zgodzie żyć!). I tak powędrowaliśmy do zoo. Wybraliśmy Ménagerie du Jardin des Plantes, które jest częścią ogrodu botanicznego Jardin des Plantes i zajmuje około 1/3 jego powierzchni. Ogród ten jest położony w centrum Paryża, blisko Sekwany.

Przed wejściem do zoo, na terenie ogrodu botanicznego.

Myślę, że położenie wpływa na to, jakie zwierzęta prezentowane są w zoo. Nie ma tam dużych zwierząt jak słonie i żyrafy, wydaje mi się, że po prostu nie ma tam na nie miejsca a zoo nie ma możliwości rozbudowy. Za to jest dużo małych ssaków, dużo gadów, są ptaki.

Choć moje dzieci żałowały, że nie widziały słonia i hipotama, to wydaje mi się, że zoo bardzo im się spodobało. Dla mnie również był to przyjemny spacer, zoo jest ładnie utrzymane, jest w nim dużo drzew, ławek.  Nie było trudno znaleźć toaletę, co jest też atutem atrakcji turystycznych, gdy zwiedzamy je z małymi dziećmi. Dodatkową atrakcją jest pawilon, w którym można obserwować małe pisklaki, którymi opiekują się pracownicy zoo. Widzieliśmy karmienie robakami za pomocą pęsety, ptaszka przytulającego sie do lusterka (rozczulający widok), kolekcję różnych ptasich jaj.

Menagerie du Jardin des Plantes czyli odwiedzone przez nas zoo zostało założone w 1793 roku (Ogród botaniczny istniał od 1626 roku). Jest to najstarsze zoo świata.

Zostało stworzone dzięki rewolucji francuskiej, ponieważ Zgromadzenie Narodowe wydało rozporządzenie o likwidacji prywatnych kolekcji zwierząt egzotycznych – zwierzęta miały być przekazane do menażerii Wersalu lub zabite. Jednak naukowcy nie pozwolili na likwidację zwierząt i po tym jak menażeria w Wersalu została zlikwidowana zwierzęta zostały przekazane do Ogrodu Botanicznego Jardin des Plantes.

Robale. Były dosyć duże.

Jacques-Henri Bernardin de Saint-Pierre uważany za założyciela ogrodu zoologicznego rozpoczął wdrażanie w życie nowego pomysłu, w którym zwierzęta miały być trzymane w otoczeniu najbardziej przypominającym ich naturalne środowisko, miały mieć fachową opiekę naukowców i specjalistów. Zwierzęta miały być również dostępne dla szerokiej publiczności w celach edukacyjnych. Brzmi znajomo i wydaje się oczywiste, prawda? A pomyślmy, że to była innnowacja na owe czasy. Przecież wcześniej trzymano egzotyczne zwierzęta w domu, pewnie bogaci mieszczanie i arystokracja mogli sobie pozwolić na taką ekstrawagancję jak egzotyczne zwierzęta. Na początku zoo było bezpłatne, teraz już takie nie jest, a szkoda.

Krokodyl, ruszał tyko oczami.

 Ciekawostka: podczas wojny francusko – pruskiej, w trakcie oblężenia Paryża (wrzesień 1870-styczeń 1871 ) więkoszość zwierząt z zoo została zjedzona przez głodujących Paryżan.

Z wizyty w zoo jestem zadowolona, chociaż wydaje mi się, że już tam więcej nie wrócimy podczas tego pobytu, choć na pewno odwiedzimy ponownie ogród botaniczny, który już częściowo zwiedziliśmy wcześniej (wpis o ogrodzie pojawi się za jakiś czas).

Jedyny zwierzak z zoo z energią sięgającą nieba. Pozostałym chyba było za gorąco.

 Orangutan był świetny, wygłupiał się bardzo długo – a przed jego siedzibą zostało zrobione specjalne miejsce do obserwowania jego ewolucji. Zacienione, z wygodnymi ławkami. Aż przyjemnie było tam posiedzieć w cieniu, spokojnie. Wszyscy – nawet najmniejsi obserwatorzy mieli dobry widok. A najmniejsi byli najważniejsi, bo dzięki reakcjom dzieciaków ożywiała się (mimo upału) dorosła część widowni.

Poniżej kilka wymęczonych upałem zwierząt:

I jeszcze jaszczurka, która zaprezentowała siebie najlepiej jak umiała. W pierwszej chwili nie można się zorientować co to za zwierzę i co ono wyczynia.

Kraj makaronikiem słodki.


Pewnego dnia postanowiliśmy osłodzić sobie życie kolorowymi ciasteczkami. Ciasteczka nazywają się makaroniki (macarons). Jeżeli pamiętacie wpis o parkowaniu i o zdobywaniu „Makaronu” upoważnającego do parkowania w naszym rejonie to możecie pomyśleć, że prześladuje mnie makaron albo co najmniej Latający Potwór Spagetti :D.

Jednak ten makaronik był dużo łatwiejszy do zdobycia a jaki słodki. Są to niezwykle popularne ciastka tutaj – są chyba w każdej cukiernii i w wielu sklepach spożywczych, które maja dział cukierniczy. Koleżanka powiedziała mi, że są niezwykle popularne od kilku lat i powstają różne odmiany tego przysmaku – w zależności od regionu, cukiernii, inwencji kucharza. W internecie doszukałam się, że są też popularne w Szwajcarii i w Luksemburgu.

Słodycze te są niezwykle słodkie, niezwykle. Ma to swoją dobrą stronę, bo nie można ich zjeść za dużo na raz :D
Kupiłam je dwa razy, więc już jako koneser (ha ha) makaroników napiszę jak smakują :) Jest to jakby połączenie polskiej bezy z nadzieniem – konfiturowym lub kremowym – w różnych smakach. Jednak beza ta nie jest taka sucha jak polska, ale sprawia wrażenie mokrej, jakby czymś nasączonej. Dodatkowo, poza mokrością, różni ją od polskiej to, że jest migdałowa w smaku i ma różne kolory.
Za pierwszym razem słodycze te smakowały mi mało, były zdecydowanie za słodkie. Kupiłam je drugi raz, ponieważ odwiedziła mnie siostra i dzieci chciały koniecznie poczęstować ciocię kolorowymi makaronikami. Okazało się, że nie są już takie słodkie jak za pierwszym razem i są bardzo dobre. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, czy stajemy się coraz bardziej zintegrowani z otoczeniem zgodnie z powiedzeniem „jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jak i one”. Francuzi lubią te ciasteczka, to i my nie mamy wyboru :

Trójkolorowe szaleństwo.

Transa przemarszu została już udekorowana flagami.

W niedzielę 14 lipca cała Francja będzie świętowała rocznicę zburzenia Bastylii. Zburzenie Bastylii jest symbolem udanego buntu przeciw monarchii, choć tak naprawdę nie było wielkim osiągnięciem militarnym. W tym czasie broniło jej niewielu żołnierzy, głównie byli to weterani, niektórzy inwalidzi; uwolniono również niewielu więźniów. Jednak z tego zdarzenia stworzono ikonę rewolucji.

Dzień ten jest wielkim świętem we Francji, Paryż szykuje się na uroczystą paradę wojskową, trasa przemarszu została już udekorowana flagami. A kilka dni temu nad naszymi oknami odbyła się próba parady sił powietrznych – mieszkam pomiędzy dwoma łukami – Triumfalnym i Wielkim i właśnie na tej trasie latają samoloty i helikoptery podczas parady wojskowej. Mieliśmy przedsmak tego, co będzie się działo w niedzielę.  Mi się podobało, a wyobraźcie sobie, jak się podobało dzieciakom. Samoloty i helikoptery były naprawdę blisko. Niestety nie zobaczyliśmy pierwszego, ale na kolejne już zdążyliśmy się ustawić w oknie.