Poszły konie po betonie

A pewnego dnia na parkingu przed sklepem…

Przyjechał konny patrol

… pojawiły się panie patrolujące. Przyjechały na koniach. Widziałam takie patrole konne w parkach ale na parkingu przed sklepem jeszcze nigdy. W pobliżu sklepu też nie widziałam  żadnego parku – więc panie może były przejazdem (przekłusem?) do docelowego miejsca pracy?

Panie miały komu wlepić mandat.

 

La Rochelle – plaża, meduzy, rekiny i inne wakacyjne przyjemności

Plażowanie, odpoczywanie

Jak pisałam wcześniej – sierpień miesiacem wakacji, zatem pojechaliśmy w sierpniu się wakacjować między innymi do La Rochelle. La Rochelle jest turystyczną miejscowością położoną nad Zatoką Biskajską (czyli jest to Ocean Atlantycki :) ). Miejsce to wymyślił mój osobisty mąż i chociaż znalazł je przypadkiem, czytając w przewodniku, co ciekawego jest w drodze do Bordoux, gdzie planowaliśmy docelowo pojechać; to trafił w dziesiątkę. Ostatecznie do Bordoux nie dojechaliśmy, bo w La Rochelle spodobało nam się tak bardzo, że zostaliśmy tam cały czas, który mieliśmy do dyspozycji.

Dwie wieże, pomiędzy którymi kiedyś kiedyś rozciągano łańcuch, który bronił dostępu do portu.

Choć przyznam szczerze, że na początku – pierwszego dnia, byliśmy przekonani, że zwijamy się następnego ranka. Miasto przywitało nas upałem, wielką kolejką w informacji turystycznej w centrum, gorąco aż buchało z chodników i ulic – nic nie wydawało się wtedy ładne. Na dodatek pani w informacji turystycznej wskazała nam plaże, które zupełnie nie przypadły nam do gustu. Pierwszy dzień spędziliśmy na szukaniu miejsca, które nam się spodoba do plażowania i byliśmy dosyć… rozczarowani. Pierwsza plaża zamiast piasku miała jakby grubo zmielone muszle, druga plaża wyglądała lepiej, ale trafiliśmy na odpływ, który odsłonił 20 metrową strefę błota. Błoto pachniało brzydko, lepiło się do wszystkiego zielono – czarną mazią – aby dostać się do wody trzeba było przejść, przez śliską strefę błota – nie było innej rady. Dla mnie dotknięcie tego stopami było torturą, ohydnym obrzydliwym doświadczeniem. Za to dzieci… wyturlały się w tym całe. Wyglądały niesamowicie,  potem wyturlały się w piasku i wyglądały jak Piaskowy Ludek. Wszystko fajnie, ale wymycie dzieci z tego „czegoś” pod zimnym prysznicem na plaży było niemiłe i dla nich i dla nas.

Ale później daliśmy miastu i okolicy jeszcze jedną szansę i bardzo dobrze! Kolejna nauka życiowa, że pierwsze wrażenie zwodzi. Miasto zwiedzone nie w upale, tylko podczas przyjemnego ciepłego popołudnia było urocze i ciekawe. A plaża, którą znaleźliśmy na wyspie Ile de Re tak bardzo przypadła nam do gustu, że wracaliśmy na nią jeszcze kilka razy.

Widok z karuzeli – wielkiego koła

 

La Rochelle ma ciekawą historię, jest starym miastem. Było ważnym portem handlowym (początkowo handlowano głównie winem, solą i serem, a w okresie zdobywania Nowego Swiata również niewolnikami z Afryki, futrami z Kanady i cukrem z Ameryki Srodkowej). Poza tym gościło Templariuszy, którzy podobno handlowali w La Rochelle winem. Poza tym jest legenda, że w porcie La Rochelle gościł statek, który przewoził świętego Graala. Przewozili go oczywiscie Templariusze, czyli La Rochelle byłoby też dobre na miejsce akcji dla ksiązki „Pan Samochodzik i Templariusze – kolejne starcie” czy coś w tym stylu. La Rochelle było również ważne ze względu na to, że stało się ważnym ośrodkiem protestanckim. Jednak na skutek wojen religijnych wielu hugenotów zostało zmuszonych do emigracji. Takie były czasy niestety, że nie było wolności wyznania we Francji.

Podczas drugiej wojny światowej mieściła się tutaj baza (port?) niemieckich łodzi podwodnych (niestety przez to miasto było często bombardowane), a na koniec było to pierwsze wyzwolone miasto francuskie.

Co można tutaj zwiedzić? A może raczej, co my zwiedziliśmy i robiliśmy :D ?

Plażowaliśmy, zwiedziliśmy wielkie Akwarium, Muzeum Lalek i Miniatur, port, jeździliśmy wielkim kołem (taka karuzela), płynęliśmy tramwajem wodnym, zwiedziliśmy Stare Miasto, spacerowaliśmy po pięknym parku miejskim, z mini ogrodem zoologicznym.

Tramwaj wodny – atrakcja i sposób transportu

Szczególnie polecam Akwarium, które ma wspaniały tunel z meduzami, rekiny i wiele różnych gatunków ryb i stworzeń morskich – mi się bardzo podobało.

 

 

Centrum Pompidou – plątanina kolorowych rur

Centrum Georges Pompidou (można się też spotkać z nazwą Beaubourg) to wspaniałe muzeum sztuki współczesnej. Wspaniałe. Nawet jeszcze raz powiem. Wspaniałe. Ja byłam oczarowana zbiorami i samym muzeum również i poczułam żal, że przez ostatnie kilka lat nie miałam tyle czasu na historię sztuki, co kiedyś (ale to chyba takie westchnienie żalu wielu osób prawda? Nie ma niestety czasu na wszystko, co by się chciało i co się nawet bardzo lubi). Na pewno wiecej bym skorzystała, gdybym miała w głowie więcej informacji na świeżo a nie musiałabym ich odkopywać z czeluści pamieci. Uważam, że do dobrego odbioru sztuki trzeba być dobrze przygotowanym. Ja byłam przygotowana średnio, ale wizytę i tak uważam za bardzo udaną – moje poczucie estetyki zostało „dopieszczone”  i na jakiś czas zaspokoiłam potrzebę obcowania ze sztuką. Jednocześnie obiecałam sobie, że muszę znaleźć na nią więcej czasu.

Frontowa ściana Pompidou – w rurze ruchome schody, którymi zwiedzający przemieszczają się pomiędzy piętrami.

Jak widać na zdjeciu powyżej Centrum Pompidou jest niesamowite, architektura tego miejsca odbiega od wszystkiego, co widziałam wcześniej. Instalacje, windy są „powyciągane” na zewnątrz i umieszczone w rurach różnego koloru. Architektem budynku był Renzo Piano wraz z Gianfranco Franchini.

Elewacja pełna rur. Budynek „od tyłu”.

Każdy kolor rury jest dedykowany czemus innemu. Elektryczność – żółte rury, klimatyzacja – niebieskie, woda – zielone, wyjścia ewakuacyjne – czerwone. Jak czytałam na początku budynek wzbudzał niesamowite kontrowersje, ale po 10 latach (gdy R. Piano odbierał nagrodę Pritzkera) budynek był już „oswojony” a rewolucyjnośc tego projektu uznana.

Pompidou – widok „od tyłu”, ciekawy kontrast z innymi budynkami na ulicy.

Jeżeli ktos lubi, to polecam zerknięcie w inne prace architekta Piano http://www.rpbw.com/

Muzeum poza wystawą dla dorosłych mieści też część dla dzieci, która jednak według mnie nie jest zbyt atrakcyjna. A na pewno nie aż tak atrakcyjna jak muzeum dla dorosłych.

Poza wystawą sztuki dla małych i dużych mieści się tutaj jakieś centrum muzyczne, restauracja, biblioteka. Poza tym miejsce żyje. Dookoła budynku jest dużo ulicznych przedstawień, mnóstwo ludzi spędza tam czas, jest kawiarnia, z krzesełkami ustawionymi „po francusku”, czyli tak, aby było widać otoczenie.

Kawiarnia przy Pompidou – krzesełka oczywiscie ustawione tak, aby można było obserwować otoczenie – typowe dla Francji.

I jest jeszcze jedna dziwna rzecz – fontanna. Wygląda inaczej niż znane mi fontanny, ale w tym miejscu przecież nie mogła wyglądać zwyczajnie :D

Fontanna przy centrum Pompidou.

Fontanna przy Pompidou.

Z Pompidou z tarasów i z ruchomych schodów (które są na zewnątrz w przezroczysto – czerwonej rurze) można obserwować widok Paryża. Poniżej jeden z tarasów w muzeum.

Taras w muzeum Pompidou

 

Sierpień we Francji

Sierpień we Francji to specyficzny miesiąc. Jest to święty czas urlopu dla Francuzów i faktycznie widać, że kto może to wypoczywa – to jest MASOWE ODPOCZYWANIE. Taka sytuacja w Polsce nie wydaje się możliwa, choć nasze lato – lipiec i sierpień to też tradycyjny okres urlopowy. Jednak jak to wygląda zwykle w pracy, gdy chcemy brać urlop? Jest rozpisywany grafik, kto kiedy, często jest mnóstwo argumentów ze strony pracodawcy, dlaczego lepiej urlopu w tym terminie nie brać itp.  A z perspektywy obserwatora wygląda mi to tak, że we Francji – jak chcesz urlop w sierpniu, to oczywiscie go dostaniesz. Mój osobisty mąż nie miał kłopotu z żadnymi dniami wolnymi do tej pory – bo też postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę i pojechaliśmy nad ocean plażować zgodnie z myślą, że „skoro wszedłeś między wrony musisz krakać jak i one” – więc sierpień jest idealny na wszelkie wyjazdy i nie mogliśmy po prostu wybrać innego terminu :D

Panorama z dachu Instytutu Swiata Arabskiego

A jak to wyglądało w praktyce? Na miesiąc sierpień większość sklepów, zakładów usługowych została po prostu zamknięta. Na drzwiach pojawiła się kartka z informacja, że jest doroczna przerwa i szanowni klienci będziemy pod koniec sierpnia, albo na początku września.  Na naszej uliczce był otwarty tylko sklep z mrożonkami i apteka, a na sąsiedniej – nic. Wszyscy byli na wakacjach. I tak wyglądała większośc sklepików w naszej okolicy. Otwarte zostały duże sklepy, apteki (nie wszystkie) i pojedyńcze butiki. Osobisty mąż usłyszał u siebie w pracy o klinice, w której wypisali pacjentów na sierpień, bo lekarze idą na urlopy. Ale mega hitem było dla mnie znalezienie kartki na furcie na teren koscioła (katolickiego), na której napisali, że w sierpniu kościół jest… zamknięty :D Jak wakacje to wakacje w końcu!

Ogród Luksemburski.

Część restauracji jest również zamknięta. Oczywiście nie mówię o lokalach i sklepach „żyjących” z turystów, bo one są w sezonie sierpniowym otwarte, ale kto może – nie pracuje i sam staje się turystą. Jest to naprawdę zjawisko masowe – sierpień miesiącem odpoczynku. Zauważyłam, że zdecydowanie zwiększyły się kolejki do kościołów i muzeów w tym miesiacu – do Paryża też przyjeżdża dużo turystów zwiedzać.  Plusem dla nas – jako mieszkańców – są w tym miesiącu darmowe parkingi i zauważalny większy luz na miejscach parkingowych.

Dalida – paroles, paroles, paroles, słowa, słowa, słowa

Nie spodziewałam się wcześniej, że napiszę o Dalidzie. Nie jestem fanką tej piosenkarki, choć znam kilka jej hitów, a piosenka „Paroles, Paroles” nawet bardzo mi się bardzo podoba.  Jednak spacerując po Montmartre znaleźliśmy plac Dalidy, jej pomnik, przeczytałam trochę o niej i pomyślałam, że warto o niej wspomnieć przy okazji opisywania dzielnicy Montmartre. Była to ważna postać dla kultury Francji, po prostu warto coś o niej wiedzieć. Nie będę przytaczała tutaj jej biografii, ale zachęcam do przeczytania, choćby tutaj:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dalida

Piosenkarka Dalida, której życie zawodowe było pełne sukcesów a osobiste pełne tragedii   mieszkała na Montmartre i tutaj też jest pochowana.  Plac na Montmartrze został nazwany jej pseudonimem artystycznym ku jej czci.

A poniżej widok z placu Dalidy w głąb Montmartre.

Polecę Wam jeszcze jedna piosenkę, którą akurat teraz słucham podczas pisania: „Parce que je ne t’aime plus”. Aż mi żal, że nie znam francuskiego na tyle, by rozumieć, ale może jeszcze kiedyś się nauczę… HA HA HA

Montmartre – drepczemy pod górkę i wymijamy innych turystów.

„X – litera równie rzadka
Jak drewniany,
Stary wiatrak.
Na wzniesieniu
Wiatrak stał,
Korzystając
Z wiatru siły.
Kiedy wiatr
Przychylny wiał,
Jego skrzydła się kręciły
I wprawiały żarna w ruch.
Sypał się z nich biały puch (…). ” Ryszard Marek Groński, ”X w: Wierszyki o literkach”

Moulin Rouge – czyli Czerwony Młyn

Wzgórze Montmartre, zanim zostało włączone w granice Paryża było miejscem pełnym winnic, wiatraków (około 30 sztuk), był też kamieniołom. Winnice dostarczały Paryżanom taniego wina, wiatraki taniej mąki, a potem wszystko się zmieniło. Oryginalne (i tanie) domy i przepiękne widoki przyciągnęły artystów, później było coraz więcej lokali, kawiarni, restauracji, powstał kabaret i miejsce to zmieniło się zupełnie. Gdzieniegdzie można odnaleźć ślad dawnych czasów, a podobno przez dawne prace górnicze w tym rejonie są zagrożone niektóre budynki. Pisałam przy okazji innego wpisu, że dzielnica ta przez jej rosnącą popularność i ceny nie jest już mekką artystów lecz przemysłu turystycznego.

Jeden z nielicznych młynów, które zostały jeszcze na wzgórzu.

Udało nam się znaleźć takie miejsce, które może choć trochę przypomina dawne czasy? Byliśmy w muzeum Montmartre, gdzie na końcu ogrodu można było zobaczyć taki widok:

Winnica

Prawda, że to nie wygląda jak Paryż? Z drugiej strony widok był równie niespotykany jak na centrum miasta.

A obok winnicy dwa ule :) Bardzo niecodzienny widok jak na Paryż.

Dzielnica Montmartre jest na pewno znana każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką, mieszkali tu wybitni malarze, pisarze, piosenkarze, kompozytorzy. Jest ich cała lista, wspomnę może tylko o kilku, bo trudno mi tu wymienić wszystkich: Vincent van Gogh, Henri de Toulouse – Lautrec, Camille Pissarro,  Pierre – Auguste Renoir, Edgar Degas, Satie, Fryderyk Chopin, Dalida, Liszt,  Wacław Niżyński, Hektor Berlioz, Jean Marais.  Na mnie robi to duże wrażenie, tylu twórców w jednym miejscu. Miejscu pięknym i nadal, mimo kłębiącego się tłumu turystów przy głównych atrakcjach (o bazylice napiszę w osobnym wpisie). Warto poświęcić trochę czasu i przejść się dalej, poza miejsca z listy „must see”. Oczywiście turyści będą wszędzie, ale będzie ich trochę mniej, będzie spokojniej i można się w spokoju „pogapić”.

Różowy Domek

Jak pisałam wyżej my poszliśmy do muzeum Montmartre i okazało się, że jest to najstarszy istniejący dom w tej dzielnicy.

Muzeum Montmartre z przodu

W środku muzeum jest piękna kolekcja obrazów, plakatów, zdjęć. Jest również do oglądania film prezentujący kankana, który zachwycił dzieci.

Muzeum Montmartre – widok od strony ogrodu.

Poza tym Montmartre to piękne uliczki i widoki (widok spod bazyliki pokażę w innym wpisie). Poniżej kilka miejsc z Montmartre.

Widok ze wzgórza.

A teraz zbliżenie tego, co widać z daleka:

Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru po Montmartre.

Korek w ciasnej uliczce

Dom porośnięty bluszczem.

Park/Ogród Bagatelle – drobnostka a cieszy

Przez cały czas pisania tego wpisu w głowie nuciłam piosenkę Lecha Janerki „Powinność kurdupelka”, bo jakoś tak mi się skojarzyło samo… bagatelle – bagatelka – kurdpelka….

„Goń słonia całe życie, goń
Choć on jest wielki, jak to słoń
Twa zaś powinność wszelka
Mimo tej wady kurdupelka
By zawsze w kłopot wprawiać go”

Link do piosenki wklejam poniżej, może ktoś ma ochotę posłuchać, bo piosenka jest świetna, a przy okazji czytając będziecie mieli w głowie to samo, co ja pisząc :) Choć zupełnie nie oddaje to atmosfery Ogrodu Bagatelle. Zupełnie :D

Widok na ogród różany, w oddali altanka.

 

Ogród Bagatelle jest położony w Lasku Bulońskim w Paryżu. Droga do niego jest bardzo przyjemna, my spacerowaliśmy laskiem, po drodze zatrzymaliśmy się nad jeziorkiem. I sam ogród Bagatelle taki właśnie też jest, przyjemny i uroczy. Jeżeli o  można powiedzieć, że ogród jest milutki, to ten właśnie taki jest.

Jeden z miłych zakątków w ogrodzie.

Miejsce to powstało w wyniku zakładu pomiędzy ksieciem Artois (późniejszym królem Karolem X) a Marią Antoniną. Maria Antonina postawiła na to, że nie da się zbudować pałacu i stworzyć przy nim ogrodu/parku przez okres mniej niż 90 dni, a książę Artois udowodnił jej, że można w 64 dni. Dzieła tego dokonał z architektem François-Joseph Bélanger i architektem krajobrazu Thomas Blaikie.

Aktualnie w ogrodzie odbywają się różane konkursy piękności, róże pięknie kwitną – potwierdzam. Jest ich mnóstwo i szczerze powiedziawszy nie miałam cierpliwości do obejrzenia wszystkich po kolei, jest to różany ogród do dokładnego oglądania dla koneserów i hodowców róż. Ja obejrzałam ileś rodzajów i po chwili przestałam je odróżniać. Zatem polecam obejrzenie ich z daleka – są wtedy przyjemną kolorową plamą w krajobrazie a z bliska kilka wybranych, wtedy uda się coś zapamiętać. A wyboru możemy dokonać kompletnie losowo, bo wszystkie są ładne.

„Jedna róża to piękno. Dziesięć róż to coś drogiego. Sto róż to nuda. Tysiąc róż, kapujesz?” (Eric – Emmanuel Schmitt, „Kiedy byłem dziełem sztuki”).

Róża Paparazzi – wybrany przeze mnie reprezentant róż z ogrodu.

Poza ogrodem różanym jest jeszcze wiele alejek i roślin do oglądania. Ogród jest różnorodny, nie nudziliśmy się tam. Jest ogród różany, wiele rabat z różnymi kwiatami, ogród warzywny, skały, wodospad, ogród w stylu angielskim, ładne budynki, rzeźby, dużo altanek.

Wodospad – to bylo dla nas zaskoczenie, że go zobaczyliśmy. Nawet to nie był jedyny wodospad, ale ten był największy.

Poza takimi typowo parkowymi i kwiatowymi zakątkami był jeszcze założony ogród owocowo – warzywny. Pięknie utrzymany, do podziwiania. Nie pierwszy raz we Francji spotkaliśmy się z tym, że ogląda się ogrody warzywne. W Paryżu to jest chyba niezmiernie ciekawe, ponieważ w sumie ludzie nie mają tutaj ogródków, więc może nie ma gdzie pooglądać sobie, jak rośnie fasola, cukinia, ogórki itp. Zwłaszcza jest to ciekawe dla dzieci. Ja jestem z małego miasta i wyrosłam „w ogrodzie”, ale teraz mieszkamy w Warszawie i moje dzieci mają inne doświadczenia z dzieciństwa, dlatego dla nich jest to super frajda – a mi kojarzy się z pieleniem chwastów :D.  Nasze dzieci wykrzykiwały radośnie w takich miejscach np. tak: „ZOOOOBAAACZ POOOOMIDORYYYYYY!”

Poza tym bardzo popularne w rejonie Paryża są warzywne Farmy, na które można przyjechać, kupić koszyk, napełnić go tym, co rośnie na farmie po czym kupić zawartość koszyka. My byliśmy na „Farmie Truskawkowej”, nazbieraliśmy 4 koszyki truskawek i byliśmy przeszczęśliwi. Ja się czułam przeszczęśliwa – a co dopiero dzieciaki! To były przepyszne truskawki i przyjemna odmiana od normalnego kupowania owoców w sklepie.

Małe gruszeczki w ogrodzie owocowo – warzywnym.

I jeszcze chciałam pokazać rabatkę kwiatową. Jeżeli kiedyś w życiu miałabym usypać coś w rodzaju mandali, to chciałabym usypać coś takiego. Wiem, że to nie wygląda jak mandala, ale mandale są podobno tworzone w stanie podobnym do medytacji, a ja bym mogła medytować nad taką kompozycja bardzo długo.

Kompozycja kwiatowa.

Poza tym w ogrodzie są zwierzęta, kaczki, gęsi i pawie. Był też kot, ale on chyba nie jest stałym mieszkańcem. Szukaliśmy pawich piór, ale nie mieliśmy szczęścia. Planujemy wybrać się na poszukiwania jeszcze raz.

Paw.

I na koniec urocza aleka. Proszę zwróćcie uwagę na różne odcienie zieleni. Mam nadzieję, że to widać na zdjeciu. Ten widok był bardziej odświeżąjący niż wszystkie mentosy.

Soczysta zieleń ogrodu.

Blois – magiczne miasto nad Loarą

Zamkowa rezydencja w Blois

Zatytułowałam wpis „magiczne miasto” nie dlatego, że Blois mnie jakoś szczególnie zauroczyło, choć przyznam, że jest to piękne miejsce z bardzo ładnymi widokami, ale głównie dlatego, że urodził się tutaj Houdini – słynny magik.  W Blois znajduje się teraz Dom Magii Robert – Houdin,  w którym można podziwiać pamiątki z nim związane i maszyny, które wykorzystywał w pokazach.

Dom Magii

Poza słynnym magikiem w Blois urodził się również Ludwik XII – król Francji, urodzili się tu również inni podobno znakomici Francuzi, ale ja ich nie znam niestety (tzn. przeczytałam nazwiska, ale nic mi to nie dało :D).

Zamek w Blois od drugiej strony

Leżące nad Loarą Blois ma długą historię, już w czasach rzymskich istniało tutaj miasto posiadające kanalizację, termy i urządzenia portowe. Od 1391 roku Blois było w posiadaniu rodziny Orleańskiej i rozwinęło się gospodarczo oraz również zyskało na znaczeniu jako rezydencja królewska. Po pewnym czasie miasto podupadło, ale dziękie temu, że po rewolucji francuskiej zostało stolicą departamentu Loire – et – Cher znowu zyskało na znaczeniu.

Most w Blois, przepiękny widok według mnie.

W Blois znajduje się też bardzo ciekawy kościół świętego Mikołaja, który jest interesującym przykładem budowki z pogranicza romanizmu i gotyku. Bardzo mi się ten kościół spodobał. Naprawdę bardzo.

Wejście do kościoła

Wnętrze kościoła

Przyjemny jest również spacer po mieście, uliczki i placyki są ładne. Spacerowaliśmy i po prostu oglądaliśmy otoczenie.

Uliczka – strefa pieszych

Cukiernia w Blois kusiła niezwykle kunsztownie przygotowanymi słodyczami, zauważyłam, ze we Francji jest duża dbałość o szczegóły, wszystko jest takie „dopieszczone”, aby było ładne i eleganckie.

Bardzo apetyczna wystawa cukierni

Nie zwiedziliśmy wszystkiego w Blois, bo nasz pobyt tam nie był zbyt długi, ale wydaje mi się, że zwiedziliśmy tyle, że cała rodzina była zadowolona. Byliśmy również na placu zabaw, co niesamowicie uradowało dzieciaki :)

Katedra.

Schody – uwielbiam takie uliczki, po prostu uwielbiam. Nawet jak trzeba nimi przejść :D

Zdobienie chodnika. Akurat najbardziej okazałe – czteroelementowe.

Co będzie dzisiaj na obiad? – wizyta we francuskim „spożywczaku”

„Losy narodów zależą od sposobów ich odżywiania” Anthelme Brillat – Savarin (pisarz francuski)

Francuska kuchnia należy według powszechnej opinii do najlepszych kuchni na świecie. Faktycznie jedzenie owszem jest bardzo dobre, ale ja należę do takich, którym wiele rzeczy smakuje, to mogę nie być zbyt dobrym krytykiem kulinarnym. Jednak wiele francuskich przepisów jest zbyt wyrafinowanych i udziwnionych jak na mój gust. Według mnie polskie jedzenie też jest bardzo dobre i nie musimy się wstydzić ani polskiej kuchni ani polskich przepisów – myślę, że spokojnie możemy promować polską kuchnię na całym świecie. Ja bardzo lubię gotować i kluczowe wydaje mi się dobranie dobrych produktów, a potrawa już musi wyjść dobra :D

Chyba wyznaję podobną filozofię jak Joey z „Przyjaciół” (kluczowa kwestia Joey’a na samym końcu):

Jednak nie chciałam pisać o francuskiej kuchni ale o produktach, które są dostępne tutaj w sklepach – jakie różnice z polskimi sklepami i produktami zauważyłam do tej pory (a raczej jakie mi się przypomną w trakcie pisania tego wpisu :D). Do tego wpisu częściowo zainspirowała mnie Marta Sz., która napisała mi niedawno o sklepach we Włoszech, gdzie była na wakacjach. Z Martą w sprawie włoskich sklepów się zgadzam, ale teraz czas na francuskie sklepy spożywcze.

Sklepów jest generalnie mniej niż w Polsce, albo ja miałam do tej pory wielkie szczęście mieszkać w Polsce w  dobrze „usklepiowionych” okolicach. Mnóstwo osób korzysta z wózków ( takich worków na kółkach, po francusku „chariot de course”) na zakupy, ponieważ dojazd do sklepu jest trudny ze względu na permanentny brak parkingów oraz znaczne odległości od miejsca zamieszkania do sklepu. Po prostu ciężko byłoby nieść zakupy dłuższy kawałek. Taki wózek to super pomysł i chyba kupię sobie taki jeden na pamiątkę i zabiorę do Warszawy – oczywiście będę korzystać, teraz korzystamy z wózka będącego „na stanie” naszego francuskiego mieszkania. Takie wózki są też w Polsce, ale nie są tak popularne jak tutaj.

Prezentacja takich wózków znajduje się w tym filmiku:

http://www.youtube.com/watch?v=LGwBh6lSa24

oraz można obejrzeć je tutaj:

http://www.auchan.fr/recherche/chariot$0020de$0020course/?textSearch=chariot%20de%20course&category=searchMode:manualSearch|searchDisplayType:2|searchEngine=new

A co do samych zakupów. Wybór jest duży – nie można narzekać, jednak trochę (taką małą odrobinkę) brakuje mi produktów, które znam i używam w Polsce: kaszy gryczanej, kaszy jęczmiennej, pieczywa które lubię – bo mi bagietki ogólnie nie smakują i mam wybrane dwa sklepy, w których pieczywo według mnie jest dobre (w miarę). Moim dzieciom strasznie brakuje ogórków kiszonych. Znaleźliśmy w Auchan stoisko z polskim jedzeniem, niestety kiszonych tam nie było, ale był mak – to wzięliśmy mak zamiast kiszonych :D i zrobiliśmy sobie makowiec. Poza polskim stoiskiem maku nie widziałam.
Nie ma pierogów takich jak w Polsce, ale jest taki wybór różnych pierożków włoskich w prawie każdym sklepie, że tylko wybierać i przebierać. Pierożki bardzo smaczne z tak różnorodnym nadzieniem, że aż miło próbować.

To nie jest tak, że tęsknię za jakimś jedzeniem z Polski, w końcu nie jestem tu bardzo długo, a poza tym wiem, że za jakiś czas wracam i wręcz staram się próbować rzeczy, których nie mam w domu na codzień – np. ślimaki, czy ciasteczka macarons.

Macarons

 

Jeżeli chodzi o warzywa i owoce, to wybór jest ogromny i czasami spotykam się z czymś, czego w Polsce do tej pory nie widziałam. To akurat duża zaleta.
Makarony, jogurty, masło, śmietana, mięso – podobnie jak w Polsce, część marek jest światowa (ach ta globalizacja…) więc możemy nawet kupować te same produkty, co w Warszawie. Jednak… według mnie sery smakują tu inaczej. Są bardziej aromatyczne. Nie wiem, czy to kwestia autosugestii, bo przecież Francja  słynie z serów i tym się zasugerowałam? Ale chyba nie… Mój osobisty mąż też tak uważa i choć my możemy być zasugerowani wspólnie, to nie jest to tylko nasza opinia.

Nie wygląda pięknie – ale jest to obłędnie, OBŁĘDNIE smaczny ser.

Musztarda również smakuje tu inaczej – jest jakby ostrzejsza (jak się za dużo zje to ostrość wychodzi nosem :D – jak na kreskówkach ). Fantastyczny jest ogromny wybór aromatyzowanej oliwy – orzechami, cytryną, czosnkiem, papryczkami – chętnie je kupuję.

Małe kiełbaski o trzech smakach – paprykowym, naturalnym i orzechowym.

I jeszcze o mrożonkach – naprzeciwko naszego mieszkania jest sklep z mrożonkami Picard, w sklepie tym można kupić wszystko. Mają nawet mrożone małe kanapeczki, które po rozmrożeniu można od razu zjadać (nie wiem, czy dobre, bo ja je tylko oglądałam). Jest tu przeogromny wybór ryb i mrożonych warzyw i mrożonych ziół – cała osobna duża lodówka na mrożone zioła. Oczywiscie są też lody, mrożone owoce, owoce morza, puree z chyba wszystkich możliwych warzyw, które się na puree nadają. Mrożonki jako produkty i mrożone potrawy gotowe. Sklep Picard naprawdę mnie zaskoczył, bo nie widziałam wcześniej tylu mrożonek na raz i nie spodziewałam się niektórych potraw w postaci mrożonej.

Dla kogo jest miasto? Pieszy rządzi!

„Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć.” -

-  Kuba Sienkiewicz, Jestem z miasta, piosenka Elektrycznych Gitar.

Jakiś czas temu pisałam o tym, jak Paryżanie i Francuzi korzystają z trawy, robiąc pikniki lub po prostu odpoczywając na trawie. Bez wątpienia potrafią korzystać z dostępnych zasobów przyrody – o bez wątpienia… http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/02/ale-za-to-niedziela-ale-za-to-niedziela-w-niedziele-bedzie-piknik-park-monceau/

Przejście dla pieszych w pobliżu Moulin – Rouge.

Teraz chciałabym powiedzieć kilka słów o przechodzeniu przez ulicę i o tym jak się traktuje tutaj (we Francji) pieszego. Dlaczego taki temat? Czytam cały czas polskie wiadomości, również warszawskie i przeczytałam artykuł dotyczący jednego przejścia (w sensie miejsca) przez ulicę. Na Bródnie, niestety nie pamiętam nazwy ulicy, piesi przechodzą regularnie w pewnym miejscu, gdzie nie ma wyznaczonych pasów i urząd miasta „zastanawia się” czy zrobić tam przejście, czy nie będzie to przeszkadzało kierowcom. A przejście jest w miejscu takim „strategicznym” dla ludzi, jak wynikało z artykułu, było to dojście z osiedla do sklepu i chyba do przedszkola czy szkoły, a może do przychodni? Nie pamiętam. W każdym razie z opisu wynikało, że przejście w tym miejscu jest oczywistą oczywistością i dziwne, że go nie ma. I niepojęte dla mnie był ten tekst, „czy nie będzie to uciążliwe dla kierowców” – zwłaszcza, że był to teren osiedla mieszkaniowego.
Dlaczego dla mnie to niepojęte? Bo mieszkając tutaj bardzo szybko przyzwyczaiłam się, że miasto jest dla ludzi i ludzi się szanuje a pieszy ma pierszeństwo i koniec kropka. Obawiam się teraz, że po powrocie do Warszawy zginę podczas przechodzenia przez ulicę.

 

Jezdnia na Montmartre.

Jasne, że w Paryżu i we Francji nie przechodzę na czerwonym świetle przez wielkie ulice, gdzie samochody bardzo szybko jadą, bo nie jestem szalona. Nikt nie jest i na takich światłach/ przejściach ludzie czekają. Ale również na wielu wielkich skrzyżowaniach nie ma świateł i nie boję się tutaj przechodzić, bo wiem, że ja mam pierszeństwo – i faktycznie je mam. A na wiele spokojniejszych skrzyżowaniach i ulicach w Warszawie bałabym się przejść, gdyby nie było świateł. Na mniejszych skrzyżowaniach we Francji przechodzę również na czerwonym świetle – i wszyscy tutaj tak robią. Odnoszę wrażenie, że czerwone światło to tylko wskazówka, że mam uważać bardziej. Nawet, gdy ja mam czerwone światło to często samochody sie zatrzymują, gdy zrobię jeden krok na jezdnię. Nikt nigdy na mnie nie zatrąbił ani nie okazał zdenerwowania, gdy wychodzimy na jezdnię praktycznie „gdzie nam się podoba” – w granicach rozsądku oczywiście. Poza tym jest dużo stref „tylko dla pieszych” – co mi się ogromnie podoba. Pisałam również o dzielnicy La Defense, która jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, a do budynków samochodem. można sie dostać podziemnymi korytarzami: http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/06/w-cieniu-wielkiego-luku-dzielnica-la-defense/ Wszystko można jak widać, trzeba tylko chyba dobrze ustawić priorytety.

Strefa bezsamochodowa w pobliżu naszego mieszkania.

Również patrząc z „drugiej strony” uważam, że  Paryż jest miejscem, gdzie jeździ się przyjemniej niż w Warszawie.

Generalnie ludzie tutaj są dla siebie milsi, czy to w sklepie, czy na poczcie, czy wreszcie na drodze i na przejściach. Są spokojniejsi i wygląda na to, że aż tak się nie spieszą jak w wiecznie goniącej gdzieś Warszawie. Tak to wygląda moim zdaniem i po cichu liczę, że jak wrócę to ja mając inne nastawienie do życia będę widziała również inne otoczenie.

I bardzo chciałabym, aby polskie miasto, trawa, przyroda były DLA LUDZI, których się szanuje a oni z kulturą korzystają z dostępnych zasobów.