Dalida – paroles, paroles, paroles, słowa, słowa, słowa

Nie spodziewałam się wcześniej, że napiszę o Dalidzie. Nie jestem fanką tej piosenkarki, choć znam kilka jej hitów, a piosenka „Paroles, Paroles” nawet bardzo mi się bardzo podoba.  Jednak spacerując po Montmartre znaleźliśmy plac Dalidy, jej pomnik, przeczytałam trochę o niej i pomyślałam, że warto o niej wspomnieć przy okazji opisywania dzielnicy Montmartre. Była to ważna postać dla kultury Francji, po prostu warto coś o niej wiedzieć. Nie będę przytaczała tutaj jej biografii, ale zachęcam do przeczytania, choćby tutaj:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dalida

Piosenkarka Dalida, której życie zawodowe było pełne sukcesów a osobiste pełne tragedii   mieszkała na Montmartre i tutaj też jest pochowana.  Plac na Montmartrze został nazwany jej pseudonimem artystycznym ku jej czci.

A poniżej widok z placu Dalidy w głąb Montmartre.

Polecę Wam jeszcze jedna piosenkę, którą akurat teraz słucham podczas pisania: „Parce que je ne t’aime plus”. Aż mi żal, że nie znam francuskiego na tyle, by rozumieć, ale może jeszcze kiedyś się nauczę… HA HA HA

Montmartre – drepczemy pod górkę i wymijamy innych turystów.

„X – litera równie rzadka
Jak drewniany,
Stary wiatrak.
Na wzniesieniu
Wiatrak stał,
Korzystając
Z wiatru siły.
Kiedy wiatr
Przychylny wiał,
Jego skrzydła się kręciły
I wprawiały żarna w ruch.
Sypał się z nich biały puch (…). ” Ryszard Marek Groński, ”X w: Wierszyki o literkach”

Moulin Rouge – czyli Czerwony Młyn

Wzgórze Montmartre, zanim zostało włączone w granice Paryża było miejscem pełnym winnic, wiatraków (około 30 sztuk), był też kamieniołom. Winnice dostarczały Paryżanom taniego wina, wiatraki taniej mąki, a potem wszystko się zmieniło. Oryginalne (i tanie) domy i przepiękne widoki przyciągnęły artystów, później było coraz więcej lokali, kawiarni, restauracji, powstał kabaret i miejsce to zmieniło się zupełnie. Gdzieniegdzie można odnaleźć ślad dawnych czasów, a podobno przez dawne prace górnicze w tym rejonie są zagrożone niektóre budynki. Pisałam przy okazji innego wpisu, że dzielnica ta przez jej rosnącą popularność i ceny nie jest już mekką artystów lecz przemysłu turystycznego.

Jeden z nielicznych młynów, które zostały jeszcze na wzgórzu.

Udało nam się znaleźć takie miejsce, które może choć trochę przypomina dawne czasy? Byliśmy w muzeum Montmartre, gdzie na końcu ogrodu można było zobaczyć taki widok:

Winnica

Prawda, że to nie wygląda jak Paryż? Z drugiej strony widok był równie niespotykany jak na centrum miasta.

A obok winnicy dwa ule :) Bardzo niecodzienny widok jak na Paryż.

Dzielnica Montmartre jest na pewno znana każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką, mieszkali tu wybitni malarze, pisarze, piosenkarze, kompozytorzy. Jest ich cała lista, wspomnę może tylko o kilku, bo trudno mi tu wymienić wszystkich: Vincent van Gogh, Henri de Toulouse – Lautrec, Camille Pissarro,  Pierre – Auguste Renoir, Edgar Degas, Satie, Fryderyk Chopin, Dalida, Liszt,  Wacław Niżyński, Hektor Berlioz, Jean Marais.  Na mnie robi to duże wrażenie, tylu twórców w jednym miejscu. Miejscu pięknym i nadal, mimo kłębiącego się tłumu turystów przy głównych atrakcjach (o bazylice napiszę w osobnym wpisie). Warto poświęcić trochę czasu i przejść się dalej, poza miejsca z listy „must see”. Oczywiście turyści będą wszędzie, ale będzie ich trochę mniej, będzie spokojniej i można się w spokoju „pogapić”.

Różowy Domek

Jak pisałam wyżej my poszliśmy do muzeum Montmartre i okazało się, że jest to najstarszy istniejący dom w tej dzielnicy.

Muzeum Montmartre z przodu

W środku muzeum jest piękna kolekcja obrazów, plakatów, zdjęć. Jest również do oglądania film prezentujący kankana, który zachwycił dzieci.

Muzeum Montmartre – widok od strony ogrodu.

Poza tym Montmartre to piękne uliczki i widoki (widok spod bazyliki pokażę w innym wpisie). Poniżej kilka miejsc z Montmartre.

Widok ze wzgórza.

A teraz zbliżenie tego, co widać z daleka:

Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru po Montmartre.

Korek w ciasnej uliczce

Dom porośnięty bluszczem.

Blois – magiczne miasto nad Loarą

Zamkowa rezydencja w Blois

Zatytułowałam wpis „magiczne miasto” nie dlatego, że Blois mnie jakoś szczególnie zauroczyło, choć przyznam, że jest to piękne miejsce z bardzo ładnymi widokami, ale głównie dlatego, że urodził się tutaj Houdini – słynny magik.  W Blois znajduje się teraz Dom Magii Robert – Houdin,  w którym można podziwiać pamiątki z nim związane i maszyny, które wykorzystywał w pokazach.

Dom Magii

Poza słynnym magikiem w Blois urodził się również Ludwik XII – król Francji, urodzili się tu również inni podobno znakomici Francuzi, ale ja ich nie znam niestety (tzn. przeczytałam nazwiska, ale nic mi to nie dało :D).

Zamek w Blois od drugiej strony

Leżące nad Loarą Blois ma długą historię, już w czasach rzymskich istniało tutaj miasto posiadające kanalizację, termy i urządzenia portowe. Od 1391 roku Blois było w posiadaniu rodziny Orleańskiej i rozwinęło się gospodarczo oraz również zyskało na znaczeniu jako rezydencja królewska. Po pewnym czasie miasto podupadło, ale dziękie temu, że po rewolucji francuskiej zostało stolicą departamentu Loire – et – Cher znowu zyskało na znaczeniu.

Most w Blois, przepiękny widok według mnie.

W Blois znajduje się też bardzo ciekawy kościół świętego Mikołaja, który jest interesującym przykładem budowki z pogranicza romanizmu i gotyku. Bardzo mi się ten kościół spodobał. Naprawdę bardzo.

Wejście do kościoła

Wnętrze kościoła

Przyjemny jest również spacer po mieście, uliczki i placyki są ładne. Spacerowaliśmy i po prostu oglądaliśmy otoczenie.

Uliczka – strefa pieszych

Cukiernia w Blois kusiła niezwykle kunsztownie przygotowanymi słodyczami, zauważyłam, ze we Francji jest duża dbałość o szczegóły, wszystko jest takie „dopieszczone”, aby było ładne i eleganckie.

Bardzo apetyczna wystawa cukierni

Nie zwiedziliśmy wszystkiego w Blois, bo nasz pobyt tam nie był zbyt długi, ale wydaje mi się, że zwiedziliśmy tyle, że cała rodzina była zadowolona. Byliśmy również na placu zabaw, co niesamowicie uradowało dzieciaki :)

Katedra.

Schody – uwielbiam takie uliczki, po prostu uwielbiam. Nawet jak trzeba nimi przejść :D

Zdobienie chodnika. Akurat najbardziej okazałe – czteroelementowe.

Muzeum Carnavalet w dzielnicy Marais – czyli jak się mieszkało kiedyś w Paryżu

Ulica w Marais

Pewnego dnia wybraliśmy się do dzielnicy Marais, która jest historyczną dzielnicą Paryża (ale w sumie, co w Paryżu nie jest historyczne?) i obejmuje obszar III. i IV. administracyjnej dzielnicy. O Wielkiej Historyczności tego obszaru niech świadczy też fakt, że znajduje się tutaj najstarszy plac miasta – plac Wogezów (place des Vosges). Z nazwą jest związana ciekawa historia; kiedyś plac nazywał się inaczej -mianowicie był Placem Królewskim (inauguracja placu – połączona z postawieniem tutaj karuzeli, nastąpiła w roku i z okazji ślubu Ludwika XIII z Anną Austriaczką). Jednak po rewolucji nazwa została zmieniona na cześć departamentu Wogezów, który jako pierwszy zapłacił należny podatek na rewolucyjne wojsko (czyż to nie ciekawa zachęta do płacenia podatków? Można powiedzieć nawet, że urocza.). Na placu pod numerem 6 mieszkał kiedyś Wiktor Hugo („Aby być dobrym, nie wystarczy przemilczeć pewnych prawd. Trzeba jeszcze mówić pewne kłamstwa”). pod numerem  21 kardynał Richelieu („Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.”), a pod numerem 8 pisarz Gautier („sztuka dla sztuki”) i wreszcie pod numerem 23 malarz Dufrenoy. Mieszkania mieli tam również inni ważni Francuzi, ale ja wymieniłam tylko najistotniejszych (wybór mój  osobisty i oczywiscie subiektywny).

Plac Wogezów, fontanna na środku.

Plac Wogezów – ściana boczna

 My nie zwiedziliśmy całej dzielnicy Marais, ponieważ wybraliśmy się głównie w celu odwiedzenia Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża (historia w historycznej dzielnicy! Co za dzień!).  Jednak przy okazji obejrzeliśmy powyżej opisany plac, kilka ulic  i ciekawych budynków oraz całkiem ładny kościół Saint – Paul – Saint Lous (pierwszy jezuicki kościół w Paryżu), w którym ślub (między innymi jak przypuszczam ;))  brała Leopoldina Hugo córka pisarza Wictora Hugo. Losy Leopoldiny są przygnębiające, ponieważ utopiła się w Sekwanie kilka miesięcy po ślubie. Jej maż, który chciał ją uratować utopił się również. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle, ale można powiedziec, że Leopoldina była ofiarą mody.  Z tego, co przeczytałam wynika, że przyczyną wciągnięcia jej pod wodę były cieżkie, mokre suknie.  Przez to, że kiedyś kobiety nosiły TAAAKIE wielkie suknie, to po tym jak Leopoldina wpadła do wody i się „namoczyła” to stała się bardzo ciężka. Jej mąż, który chciał ja wyciągnąć nie dał rady po prostu i poszli przez to oboje na dno. Przykra historia. Może na przekór temu, że Paryż to stolica mody trzeba pamiętać o praktycznej stronie życia, zwłaszcza jak się wybiera na rejs po Sekwanie.

Kościół świętych Pawła i Ludwika w dzielnicy Marais

Wnętrze kościoła.

Nie wiem, czy później będę jeszcze opisywać osobno dzielnicę Marais, więc teraz kilka słow na jej temat. Marais znaczy po francusku „bagno” – kiedyś były tutaj mokradła, które w średniowieczu osuszono a teren ten przeznaczono na uprawy.

Biblioteka.

Po jakimś czasie, wraz z rozwojem miasta miejsce to stało się modne wśród arystokracji (która pozostawiła po sobie wiele pięknych rezydencji), w dwudziestoleciu międzywojennym zamieszkali tu dużą grupą Zydzi (dzięki nim dzielnica znowu ożyła), a po II wojnie światowej artyści, którzy „uciekli” z Montmartre, które stało się zbyt atrakcyjnie turystycznie i tłum turystów nie pozwalał artystom na dostateczną swobodę.

jaka ulica.

Teraz artyści mieszkają znowu gdzieś indziej (podobno w okolicy najbrzydszego, według opinii wielu Paryżan, budynku miasta – wieżowca Montparnasse, z którego z kolei jest najpiękniejszy widok na miasto, bowiem jest to jedyne miejsce, gdzie nie widać jego samego :D), bo Marais przez to, że stało się modne – stało się zbyt drogie. Jednak w okolicy jest mnóstwo pięknych budynków i ciekawych muzeów, z których jedno dzisiaj opiszę. Spacerowanie ulicami Marais jest według mnie przyjemne jak każda trasa po Paryżu, w tym mieście można sobie po prostu iść i się cieszyć, że się idzie. Jasne, że są miejsca ciekawsze i mniej ciekawe turystycznie, ale wszystkie mają UROK. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że jest to urok magiczny, bo znaleźliśmy podczas naszego spaceru Muzeum Magii. Jest to prywatne muzeum otwarte niestety tylko kilka razy w tygodniu po południu, a nam nie udało się w te godziny otwarcia trafić  (tym razem!)- ale to nie szkodzi, będziemy mieć dobry pretekst by pojechać tam jeszcze raz.

Muzeum Magii

Przechodziliśmy też koło remizy strażackiej, wyjazd jest naprawdę ciasny, ale wóz strażacki się chyba mieści, skoro za bramę wjechało ich kilka.

remiza

A poniżej jeszcze źródełko wody pitnej. Takich źródełek (niekoniecznie tak wyglądających, czasami są to tylko zwykłe kraniki) jest dosyć dużo w Paryżu, woda jest zdatna do picia i można korzystać bez ograniczeń. Bardzo to sympatyczne. My korzystamy bez oporów i myślę, że to kolejny dowód na to, że Paryż to miasto przyjazne ludziom. Niby drobiazg, bo to przecież tylko woda, a efekt ogromnie pozytywny.

źródełko wody pitnej

Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża, w którym zwiedziliśmy część przestawiającą wnętrza dawnych mieszkań paryskich (są to bez wątpienia mieszkania bogatych i bardzo bogatych mieszczan).

pokój do muzykowania

różne biurka

 

Salonik

Kominek i zegar

Figurki

Figurki

Obejrzeliśmy również liczne przedmioty i symbole związane z rzemiosłem i handlem istniejącym w mieście:

Poza tym w muzeum jest dosyć ciekawa galeria obrazów, przestawiających Paryż  i jego mieszkańców w różnych okresach istnienia miasta. Jest również sala z portretami znanych mieszkańców Paryża. Zdjecia obrazów mi nie wyszły, bo strasznie odbijało się w nich światło, ale za to mam zdjęcie czegoś lepszego (przynajmniej tak mi się wydaje). Za galerią obrazów były prezentowane mieszkania ważnych ludzi kultury i był tam pokazany między innymi pokój Marcela Prousta. Jak zobaczyłam ten pokój, to o ile nie jest to zmyślona historia, że to faktycznie jego pokój, to zaczęłam mu współczuć – łóżko wyglądało na bardzo niewygodne, a pisarz spędzał w nim podobno dużo czasu.

Podsumowując ten dzień pełen historii – muzeum polecam do zwiedzenia, choć nie myślę, że to punkt obowiązkowy podczas krótkiej wizyty w Paryżu. Jednak jest ciekawe – pomieszczenia, obrazy, ciekawe przedmioty, makiety miasta – znajdzie się tu coś dla małych i dużych. Eksponaty są dosyć różnorodne. Poza tym nie jest to bardzo duże muzeum (choć nie jest też małe), więc zwiedzanie nie jest za długie – a to ważne, gdy zwiedza się z dziećmi.

Jak raz na zawsze pozbyć się migreny -czyli legenda o świętym Dionizym

Dzisiaj opowiem legendę, która dotyczy przepięknego fragmentu Paryża – Montmartre. Na zdjeciu poniżej widok na Montmartre z imponującą bazyliką Sacre Coeur dominującą nad pozostałymi budynkami.

Wzgórze Montmartre – miejsce akcji legendy o świętym Dionizym.

Dionizy – zanim jeszcze został świętym Dionizym (Saint Denis) był biskupem wysłanym w okolicach roku 250 n.e. do Galii (czyli na teren dzisiejszej Francji,  do miasta Paryża, które wcześniej było nazywane Lutecją) przez papieża Fabiana, w celu zorganizowania lokalnego kościoła katolickiego (nie była to jedyna wyprawa mająca taki cel). Do pomocy dostał dwóch towarzyszy: Rustyka i Eleuteriusza. Pechowo dzielna grupa przybyła do Paryża ze swoim zadaniem w czasach rządów rzymskiego ceszarza Waleriana (zwanego również Walerianem Starszym), który prowadził regularne prześladowania chrześcijan, których religię uznawał za zagrażającą religii rzymskiej. Czas pokazał, że Walerian miał oczywiście rację. Jednak osobista historia Dionizego nie była wesoła. Dionizy i jego towarzysze zostali schwytani i poddani torturom (byli przypiekani ogniem i polewani wrzątkiem jak przeczytałam w jednej z wersji tej legendy) a następnie ścięci na Wzgórzu Merkurego. I wtedy zdarzył się cud… (tutaj przechodzę do tej bajkowej części legendy) – Dionizy wziął swoją głowę i odszedł z nią z miejsca kaźni aby dojść do bardziej godnego miejsca pochówku.
Dzięki temu (między innymi oczywiście) Dionizy – już święty, został patronem Francji i … cierpiących na ból głowy i migrenę.
A wzgórze Merkurego zostało nazwane Wzgórzem Męczenników – Mons Martyrorum – z której powstała dzisiejsza nazwa Montmartre. Jednak takie tłumaczenie pochodzenia nazwy tej historycznej części Paryża to też część legendy, bo tak naprawdę etymologia słowa Montmartre to kolejne przekształcania nazwy  Mons Mercurii – czyli wzgórze Merkurego.

Dzisiejszy Montmartre nie zapomniał o swoim świętym – udało mi się znaleźć pomnik świętego Dionizego.

I jeszcze ujęcie z boku, na którym lepiej widać, że głowa nie znajduje się tam, gdzie powinna tylko spoczywa w jego dłoniach.

 

W cieniu Wielkiego Łuku – dzielnica La Defense

Wielki Łuk

Dzielnica La Defense formalnie nie leży już w Paryżu, ale jak pisałam wcześniej granica pomiedzy Paryżem a najbliższymi „sąsiadami” jest cienka jak włos. I choć od obwodnicy Paryża jest już to pewien kawałek (3 stacje metra) to na dobrą sprawę nie czuje się wcale tego, że tę granicę się przekroczyło – zwłaszcza, że o całym Paryżu (rozumianym w sensie administracyjnym) można praktycznie powiedzieć, że to po prostu centrum najbliższej okolicy. Poza tym ta odległość jest naprawdę nieduża dla wyspacerowanego dorosłego, a dla małych dzieci (takich jak moje) jest w zasięgu ich możliwości – doszliśmy bez problemu już za pierwszym razem, choć później małe stopy były już zmęczone długim spacerem i wracaliśmy do domu metrem.

Zblizamy sie do dzielnicy La Defense

Najkrótsza droga prowadzi wzdłuż ruchliwej ulicy, co nie jest super przyjemne, ale ma się dzięki temu możliwość obserwowania „zbliżających się” wieżowców.

La Defense to głównie mnogość wieżowców, ale pomiędzy nimi są różne ciekawe miejsca i zaskakujące budowle/konstrukcje. My mamy jedno takie miejsce, które jest naszym ulubionym w tamtej okolicy. Widać z niego dwa ważne zabytki Paryża – szczegóły na poniższym zdjęciu. Proszę dobrze popatrzeć, co ciekawego znajduje się na dalszym planie – w sumie już przy linii horyzontu :).

Jednoczesnie widac i luk triumfalny i wieze Eifla.

Ten zbiornik wodny, ze sztucznymi kwiatami (chyba to są kwiaty?) bardzo zachęca do zatrzymania się przy nim i posiedzenia, zwłaszcza, że oferuje: ciekawy widok, ławki i stoły, oryginalną architekturę dookoła. Jest to zaskakująca alternatywa dla typowego miejsca piknikowego/odpoczynkowego na trawie, ale bardzo popularna – w porze obiadu trudno było znaleźć wolne miejsce przy stole.

Super miejsce piknikowe – dookoła zbiornika wodnego ozdobionego sztucznymi kwiatami (?) ławy i stoły.

Ławki piknikowe – podczas przerwy obiadowej zapełniają się pracownikami pobliskich wieżowców.

To co „rzuca się w oczy” w dzielnicy La Defense to brak zieleni, co nie znaczy, że zupełnie jej nie ma (dowody, że jest obecna zamieściłam na niektórych zdjęciach), ale jest w pewien sposób przytłoczona zabudową – jakby tutaj trochę nie pasowała. Jest za to tutaj coś innego, czego nie ma w całym Paryżu, zupełnie inny klimat i nastrój – bowiem dzielnica La Defense to dzielnica biznesu, strzelistych wieżowców, nowoczesności, zaskakujących rzeźb. Jednak nie ma tam takiej nerwowej atmosfery pośpiechu jak w centrum Warszawy. Francuzi generalnie sprawiają wrażenie zrelaksowanych ludzi, nawet w miejscu, gdzie obraca się dużymi sumami jak tutaj. Tego relaksu naprawdę im zazdroszczę. Spokój i uśmiech jest widoczny prawie w każdym miejscu – jeżeli jest coś, co chciałabym zabrać ze sobą jako pamiątkę z naszego pobytu tutaj, to właśnie francuskie zrelaksowanie się i radość życia.

w oddali rzeźba kciuka.

Cała ta nowoczesność – czyli biurowce, szkło razem sprawia, że jest to miejsce, które zdawałoby się nie jest „spacerowe” – ale my byliśmy tam kilka razy z prawdziwą przyjemnością spacerując i odkrywając kolejne niespodzianki.

Czerwona rzeźba.

Na pewno najważniejszy do odwiedzenia jest Wielki Luk, który leży na tzw. Paryskiej Osi Historycznej.

Widok na łuk triumfalny z brzegu dzielnicy La Defense

Dzięki temu jest doskonale widoczny spod Luku Triumfalnego (i oczywiście Luk Triumfalny jest widoczny spod Wielkiego), co daje fantastyczny efekt.

Wielki Łuk widoczny z Łuku Triumfalnego.

Spod jednego łuku obserwujemy drugi. Jeden stary i rzeźbiony – drugi nowoczesny, dosyć kanciasty w formie. Blisko naszego mieszkania jest dobry punkt obserwacyjny, z którego możemy obserwować doskonale dwa łuki -oczywiście niejdnocześnie :D. Jest to coś co wzbudza niekończący się entuzjazm u moich dzieci – wykrzykują na zmianę nazwy obu łuków i bardzo się tym cieszą.

Wielki Luk - La Grande Arche de La Défense, a właściwie Grande Arche de la Fraternité - czyli wielki łuk braterstwa to budynek, który miał uczcić ludzkość i idee humanitarne. W jego wnętrzu znajdują się biura, są wystawy.

Kształtem jest prawie sześcianem. W dolnej części jego prześwitu jest umieszczona nieregularna konstrukcja nazwana Chmurą, która ma celowo zaburzać harmonię i symetrię olbrzymiego łuku.

Łuk z boku

Warto usiąść na jego schodach (schody są z obu stron) i po prostu posiedzieć i się „pogapić” przed siebie.

 

Po drugiej stronie łuku jest taki widok.

My tak siedzieliśmy wiele razy i za każdym razem jest miło. Mimo, że patrzymy przecież na ten sam widok :) A dla rozrywki kiedyś byliśmy świadkami jakiegoś biegu dookoła wielkiego łuku – więc nigdy nie wiadomo, co się wydarzy :D

Zawody.

Do spacerów zachęca też fakt, że powierzchnia dzielnicy jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, do wieżowców można dostać się drogami w podziemiach. Jedyne auto jakie widziałam na powierzchni to było auto jakiś służb miejskich i poruszało się prędkością ślimaka i migało wszystkimi możliwymi światłami.

Ale za to niedziela, ale za to niedziela – w niedzielę będzie piknik! Park Monceau.

Park Moceau – jeziorko

W pewna słoneczną niedzielę – a takich na szczęście ostatnio nie brakuje – wybraliśmy się wszyscy do Parku Monceau na długi spacer. Spędziliśmy tam dużo czasu i wizyta w tym parku jest dla mnie dobrym pretekstem do opisania francuskich pikników – oczywiscie widzianych moimi – niefrancuskimi – niebieskimi oczami.

Po co jest trawa? I dla kogo jest trawa? Poniżej zdjęcia trawy w Parku Monceau, ale jest to widok typowy dla wszelkich obszarów trawiastych w parkach w wolny dzień.

Trawa we Francji jest dla ludzi – a nie dla psów zanieczyszczających każdy skrawek zieleni jak w Wawie. A służy głównie do robienia pikników. Pikniki są małe i duże. Małe pikniki są np. w przerwie na lunch, gdy ludzie przychodzą sami albo w mniejszych lub większych grupach i zjadają posiłek a potem po prostu leża albo siedzą i robią NIC. Na początku zaskakiwał mnie widok pana w garniturze lub pani w eleganckim biurowym ubraniu, którzy przychodzili do parku i siadali na trawie, wyciągali jedzenie, zjadali, chwilę leżeli albo siedzieli a potem zbierali się z powrotem do pracy. Potem się do tego przyzwyczaiłam, a teraz bardzo mi się to podoba. Myślę, że to bardzo odświeżąjący zwyczaj w połowie dnia – wydaje mi się, że Francuzi lubią cieszyć się życiem i lubią relaks. Wychodzą oczywiscie nie tylko do parków, na trawę – bo nie każdy ma blisko swojej pracy teren zielony, ale siadają na ławkach, murkach, stopniach schodów. Nie każdy chodzi do restauracji na obiad w połowie dnia, a przyznam, że tak myslalam przed przyjazdem tutaj. Trudno mi jednak coś powiedzieć o jakiś proporcjach, nie wiem też, czy wszyscy pracujący robią sobie przerwy. Koleżanka, która jest bardziej zaznajomiona z kulturą Francji powiedziała mi kiedyś, że przerwa w połowie dnia to świętość i od 12:00 do około 14:00 nie wypada wręcz dzwonić gdzieś i próbować coś załatwić, bo to jest niegrzeczne. Nawet jeżeli ktoś siedzi wtedy przy biurku to podobno nie odbiera, bo przecież ma wtedy przerwę! Na ile to prawda – nie wiem, ale powtarzam, co słyszałam. Moje obserwacje zdają się potwierdzać w znacznym stopniu to, ze przerwa na lunch jest ważna i wtedy trzeba ODPOCZĄĆ i robić NIC.

Rotunda przy głownym wejsciu do Parku Monceau.

Myślę, że Francuzi kochają pikniki i potrafią korzystać z każdego kawałka zieleni, który mają. W wielu miejscach są wyznaczone specjalne miejsca na pikniki – np. w ogrodach Wersalu są specjalne stoły i wielki teren zielony przeznaczony właśnie na pikniki. Ale nie tylko tam widziałam specjalne tablice informacyjne wskazujące „miejsce piknikowe”. Gdy takich oficjalnych wskazań nie ma, to znaczy, ze piknikować można, gdzie się ma ochotę. Z tym, że kilka razy widziałam znak „zakaz leżenia na trawie” – ale to było przy jakiś ważniejszych zabytkach. Przyznam, że kiedy pierwszy raz byliśmy we Francji nie zwróciłam na to wcale uwagi. A teraz, gdy mamy więcej czasu i my też robimy pikniki z dziećmi widzimy jakie to jest popularne. Czasem wieczorem widzę, że cała rodzina wychodzi i je kolację na trawie. Być może to upodobanie bierze sie stąd, że w Paryżu są głównie kamienice i ludzie nie mają dostępu do prywatnych ogródków? Ale jakiekolwiek byłoby źródło tego zwyczaju bardzo mi się to podoba. A nasze dzieci są zachwycone, tekst „to gdzie zrobimy piknik?” to już codzienność :D

Niestety muszę to powiedzieć, ale z przykrością porównuję stan polskich trawników do tych, które widuję tutaj. Oczywiście, czasem jest jakaś psia kupa – ale jest to bardziej wyjątkowe niż normalne zjawisko. Tymczasem w parku najbliżej naszego mieszkania w Wawie wygląda czasem tak, jakby psich odchodów było tyle samo, co trawy.
Słyszałam, że kiedyś w Paryżu psich zanieczyszczeń było więcej, ale teraz muszę przyznać, że jest czysto.

Jeszcze dodam kilka słów, a raczej zdań o samym parku Monceau. Park jest całkiem wiekowy, został założony w 1778 roku, w stylu angielsko – chińskim. Angielsko – bo założyciel książe Chartres – Filip Orleański był miłośnikiem wszystkiego co angielskie, a chińskim – bo podobno to było wtedy modne (pozostałości stylu chińskiego są w różnych miejscach we Francji). Dodam, że park był założony jako park publiczny, jednak nawet to jak i glosowanie za egzekucją swojego kuzyna – króla Francji nie uchroniło księcia – właściciela parku przed gilotyną rewolucji a park został znacjonalizowany. Po przywróceniu monarchii (na jakiś czas) park powrócił do rodziny księcia, która sprzedała połowę parku ówczesnym „deweloperom” , a resztę w 1860 roku kupiło miasto i park pozostał publiczny. Przez lata park się trochę zmieniał, przybyło trochę rzeźb. Claude Monet malował tutaj swoje obrazy (czytałam, że dwa), podobno spacerował tutaj Hector Berlioz.

Park otwiera swoje bramy rano a zamyka wieczorem, jednak… jest wyjątek. 6 prywatnych rezydencji położonych przy parku ma nielimitowany dostęp do niego przez całą dobę. To się nazywa luksusowa przestrzeń piknikowa! Można robić prywante pikniki nocne :D

Miejska dżungla i wizyta w zoo

Blisko naszego mieszkania jest taka piękna uliczka. Jest czysta, ładna, pełna kwiatów. Wystawy są eleganckie, domy zadbane. Gdy nagle na chodniku zobaczyliśmy takiego „zwierzaczka”:
 Był duży i wyglądał strasznie. „Na oko” miał pomiędzy 10 a 15 cm długości, a że od tego dnia, w którym go znaleźliśmy minęło już kilka dni, to robal urósł w mojej głowie i wspomnianiach i wydaje mi się, że mógł mieć i z 20 cm… :D To tak jak wędkarzami fantastami – „złowiłem taaaaakąąą rybę!”. Niestety nie miałam pod ręką nic, co mogłabym koło niego położyć aby pokazać jaki jest duży a bałam się postawić koło niego nogę, bo nie wiedziałam jaki jest szybki i obawiałam się spotkania z jego kleszczami, a miałam sandałki i odkryte palce. Później okazało się, że dobrze zrobiłam, bo po nas oglądał go pewien pan, który skierował ku niemu stopę i robal złapał go szybko i mocno. Pan dosyć długo musiał strzepywać robala z buta. Zrobiłam mu za to zdjęcie ze słupkiem ulicznym.
Jeżeli tak „ostro” rozpoczęliśmy dzień, to nie zostało nam nic innego jak udać się do zoo i obejrzeć różne inne zwierzęta, skoro dostaliśmy tak jednoznaczna wskazówkę od natury (zew natury po prostu, nie można było tego zignorować, a zgodnie z ostatnimi trendami z naturą trzeba w zgodzie żyć!). I tak powędrowaliśmy do zoo. Wybraliśmy Ménagerie du Jardin des Plantes, które jest częścią ogrodu botanicznego Jardin des Plantes i zajmuje około 1/3 jego powierzchni. Ogród ten jest położony w centrum Paryża, blisko Sekwany.

Przed wejściem do zoo, na terenie ogrodu botanicznego.

Myślę, że położenie wpływa na to, jakie zwierzęta prezentowane są w zoo. Nie ma tam dużych zwierząt jak słonie i żyrafy, wydaje mi się, że po prostu nie ma tam na nie miejsca a zoo nie ma możliwości rozbudowy. Za to jest dużo małych ssaków, dużo gadów, są ptaki.

Choć moje dzieci żałowały, że nie widziały słonia i hipotama, to wydaje mi się, że zoo bardzo im się spodobało. Dla mnie również był to przyjemny spacer, zoo jest ładnie utrzymane, jest w nim dużo drzew, ławek.  Nie było trudno znaleźć toaletę, co jest też atutem atrakcji turystycznych, gdy zwiedzamy je z małymi dziećmi. Dodatkową atrakcją jest pawilon, w którym można obserwować małe pisklaki, którymi opiekują się pracownicy zoo. Widzieliśmy karmienie robakami za pomocą pęsety, ptaszka przytulającego sie do lusterka (rozczulający widok), kolekcję różnych ptasich jaj.

Menagerie du Jardin des Plantes czyli odwiedzone przez nas zoo zostało założone w 1793 roku (Ogród botaniczny istniał od 1626 roku). Jest to najstarsze zoo świata.

Zostało stworzone dzięki rewolucji francuskiej, ponieważ Zgromadzenie Narodowe wydało rozporządzenie o likwidacji prywatnych kolekcji zwierząt egzotycznych – zwierzęta miały być przekazane do menażerii Wersalu lub zabite. Jednak naukowcy nie pozwolili na likwidację zwierząt i po tym jak menażeria w Wersalu została zlikwidowana zwierzęta zostały przekazane do Ogrodu Botanicznego Jardin des Plantes.

Robale. Były dosyć duże.

Jacques-Henri Bernardin de Saint-Pierre uważany za założyciela ogrodu zoologicznego rozpoczął wdrażanie w życie nowego pomysłu, w którym zwierzęta miały być trzymane w otoczeniu najbardziej przypominającym ich naturalne środowisko, miały mieć fachową opiekę naukowców i specjalistów. Zwierzęta miały być również dostępne dla szerokiej publiczności w celach edukacyjnych. Brzmi znajomo i wydaje się oczywiste, prawda? A pomyślmy, że to była innnowacja na owe czasy. Przecież wcześniej trzymano egzotyczne zwierzęta w domu, pewnie bogaci mieszczanie i arystokracja mogli sobie pozwolić na taką ekstrawagancję jak egzotyczne zwierzęta. Na początku zoo było bezpłatne, teraz już takie nie jest, a szkoda.

Krokodyl, ruszał tyko oczami.

 Ciekawostka: podczas wojny francusko – pruskiej, w trakcie oblężenia Paryża (wrzesień 1870-styczeń 1871 ) więkoszość zwierząt z zoo została zjedzona przez głodujących Paryżan.

Z wizyty w zoo jestem zadowolona, chociaż wydaje mi się, że już tam więcej nie wrócimy podczas tego pobytu, choć na pewno odwiedzimy ponownie ogród botaniczny, który już częściowo zwiedziliśmy wcześniej (wpis o ogrodzie pojawi się za jakiś czas).

Jedyny zwierzak z zoo z energią sięgającą nieba. Pozostałym chyba było za gorąco.

 Orangutan był świetny, wygłupiał się bardzo długo – a przed jego siedzibą zostało zrobione specjalne miejsce do obserwowania jego ewolucji. Zacienione, z wygodnymi ławkami. Aż przyjemnie było tam posiedzieć w cieniu, spokojnie. Wszyscy – nawet najmniejsi obserwatorzy mieli dobry widok. A najmniejsi byli najważniejsi, bo dzięki reakcjom dzieciaków ożywiała się (mimo upału) dorosła część widowni.

Poniżej kilka wymęczonych upałem zwierząt:

I jeszcze jaszczurka, która zaprezentowała siebie najlepiej jak umiała. W pierwszej chwili nie można się zorientować co to za zwierzę i co ono wyczynia.

Kraj makaronikiem słodki.


Pewnego dnia postanowiliśmy osłodzić sobie życie kolorowymi ciasteczkami. Ciasteczka nazywają się makaroniki (macarons). Jeżeli pamiętacie wpis o parkowaniu i o zdobywaniu „Makaronu” upoważnającego do parkowania w naszym rejonie to możecie pomyśleć, że prześladuje mnie makaron albo co najmniej Latający Potwór Spagetti :D.

Jednak ten makaronik był dużo łatwiejszy do zdobycia a jaki słodki. Są to niezwykle popularne ciastka tutaj – są chyba w każdej cukiernii i w wielu sklepach spożywczych, które maja dział cukierniczy. Koleżanka powiedziała mi, że są niezwykle popularne od kilku lat i powstają różne odmiany tego przysmaku – w zależności od regionu, cukiernii, inwencji kucharza. W internecie doszukałam się, że są też popularne w Szwajcarii i w Luksemburgu.

Słodycze te są niezwykle słodkie, niezwykle. Ma to swoją dobrą stronę, bo nie można ich zjeść za dużo na raz :D
Kupiłam je dwa razy, więc już jako koneser (ha ha) makaroników napiszę jak smakują :) Jest to jakby połączenie polskiej bezy z nadzieniem – konfiturowym lub kremowym – w różnych smakach. Jednak beza ta nie jest taka sucha jak polska, ale sprawia wrażenie mokrej, jakby czymś nasączonej. Dodatkowo, poza mokrością, różni ją od polskiej to, że jest migdałowa w smaku i ma różne kolory.
Za pierwszym razem słodycze te smakowały mi mało, były zdecydowanie za słodkie. Kupiłam je drugi raz, ponieważ odwiedziła mnie siostra i dzieci chciały koniecznie poczęstować ciocię kolorowymi makaronikami. Okazało się, że nie są już takie słodkie jak za pierwszym razem i są bardzo dobre. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, czy stajemy się coraz bardziej zintegrowani z otoczeniem zgodnie z powiedzeniem „jeśli wszedłeś między wrony musisz krakać jak i one”. Francuzi lubią te ciasteczka, to i my nie mamy wyboru :

Instytut świata arabskiego – autentyczna refleksja architekta

Instytut Świata Arabskiego

Dzisiejszy spacer wzdłuż Sekwany zaplanowałam tak, aby zobaczyć po drodze Instytut świata arabskiego. Cześciowo dzięki temu, że mam koleżankę, która uczy się arabskiego i opowiedziała mi dużo o kulturze, historii i ekonomii tego obszaru kulturowego – byłam pewna, że to będzie ciekawe miejsce.

Przy okazji serdeczne pozdrowienia dla K. (K. wiesz, że to o Ciebie chodzi? Tylko Ty z z moich znajomych znasz arabski :)). Poszłam i zobaczyłam przepiękny budynek, a później dowiedziałam się co nieco o jego twórcy – oto dowód, że podróże i rozmowy z ludźmi kształcą i wzbogacają człowieka.

Wejście na dziedziniec.

Warto tam zajrzeć. Budynek jest prosty, a jednocześnie bogato zdobiony w charakterystyczny sposób dla tej kultury, która nie pozwala na odtwarzanie wizerunków ludzi i zwierząt. Należy też zwrócić uwagę, że otwory w ścianie zmniejszają się lub zwiększają w zależności od natężenia światła.

Budynek został zaprojektowany przez francuskiego architekta Jean Nouvel (laureat nagrody Pritzkera 2008 za całokształt twórczości), który po zaprojektowaniu instytutu (1987) zdobył międzynarodową sławę. Chciałabym przytoczyć słowa samego architekta, który wypowiada się ogólnie o architekturze, ale w tym, co mówi widać również ideę przyświecającą temu projektowi: „walczę przeciw tej architekturze seryjnej i powtarzalnej. Walczę o architekturę specyficzną dla każdej lokalizacji i każdego klienta, który ma prawo do autentycznej i oryginalnej refleksji architekta. I twierdzę, że na tym właśnie polega zawód architekta: ma on dać z siebie wszystko, umysłem i sercem, by sprawić rodzaj prezentu danej dzielnicy, miastu, klientowi i tym którzy będą tam mieszkać – a nie powtarzać typowe rozwiązania, które nie mają zazwyczaj żadnego sensu tam, gdzie się je narzuca”

Powyższe słowa według mnie w pełni znajdują odzwierciedlenie w tym budynku. Jean Nouvel mówił o tym budynku, że ma to być odzwierciedlenie świata arabskiego w Paryżu, według mnie architekt podszedł z szacunkiem do tematu i jednocześnie przedstawił ciekawą wizję połaczenia tradycji arabskiej z nowoczesnymi i unikalnymi rozwiązaniami.

Poza tym chciałam od siebie dodać, że zgadzam się z powyżej przytoczoną wypowiedzią artysty i polecam zapoznanie się z innymi jego projektami:

http://www.jeannouvel.com/

Ja z przyjemnością obejrzałam kilka projektów i w miarę wolnego czasu wrócę do tej strony aby obejrzeć wszystkie. Strona jest dostępna w języku francuskim i angielskim.

Przed głównym budynkiem są mniejsze budowle, które wzbudziły entuzjazm w moich dzieciach, bo można było się przy nich świetnie chować i biegać.

Dziedziniec przed Instytutem Świata Arabskiego