La Rochelle – plaża, meduzy, rekiny i inne wakacyjne przyjemności

Plażowanie, odpoczywanie

Jak pisałam wcześniej – sierpień miesiacem wakacji, zatem pojechaliśmy w sierpniu się wakacjować między innymi do La Rochelle. La Rochelle jest turystyczną miejscowością położoną nad Zatoką Biskajską (czyli jest to Ocean Atlantycki :) ). Miejsce to wymyślił mój osobisty mąż i chociaż znalazł je przypadkiem, czytając w przewodniku, co ciekawego jest w drodze do Bordoux, gdzie planowaliśmy docelowo pojechać; to trafił w dziesiątkę. Ostatecznie do Bordoux nie dojechaliśmy, bo w La Rochelle spodobało nam się tak bardzo, że zostaliśmy tam cały czas, który mieliśmy do dyspozycji.

Dwie wieże, pomiędzy którymi kiedyś kiedyś rozciągano łańcuch, który bronił dostępu do portu.

Choć przyznam szczerze, że na początku – pierwszego dnia, byliśmy przekonani, że zwijamy się następnego ranka. Miasto przywitało nas upałem, wielką kolejką w informacji turystycznej w centrum, gorąco aż buchało z chodników i ulic – nic nie wydawało się wtedy ładne. Na dodatek pani w informacji turystycznej wskazała nam plaże, które zupełnie nie przypadły nam do gustu. Pierwszy dzień spędziliśmy na szukaniu miejsca, które nam się spodoba do plażowania i byliśmy dosyć… rozczarowani. Pierwsza plaża zamiast piasku miała jakby grubo zmielone muszle, druga plaża wyglądała lepiej, ale trafiliśmy na odpływ, który odsłonił 20 metrową strefę błota. Błoto pachniało brzydko, lepiło się do wszystkiego zielono – czarną mazią – aby dostać się do wody trzeba było przejść, przez śliską strefę błota – nie było innej rady. Dla mnie dotknięcie tego stopami było torturą, ohydnym obrzydliwym doświadczeniem. Za to dzieci… wyturlały się w tym całe. Wyglądały niesamowicie,  potem wyturlały się w piasku i wyglądały jak Piaskowy Ludek. Wszystko fajnie, ale wymycie dzieci z tego „czegoś” pod zimnym prysznicem na plaży było niemiłe i dla nich i dla nas.

Ale później daliśmy miastu i okolicy jeszcze jedną szansę i bardzo dobrze! Kolejna nauka życiowa, że pierwsze wrażenie zwodzi. Miasto zwiedzone nie w upale, tylko podczas przyjemnego ciepłego popołudnia było urocze i ciekawe. A plaża, którą znaleźliśmy na wyspie Ile de Re tak bardzo przypadła nam do gustu, że wracaliśmy na nią jeszcze kilka razy.

Widok z karuzeli – wielkiego koła

 

La Rochelle ma ciekawą historię, jest starym miastem. Było ważnym portem handlowym (początkowo handlowano głównie winem, solą i serem, a w okresie zdobywania Nowego Swiata również niewolnikami z Afryki, futrami z Kanady i cukrem z Ameryki Srodkowej). Poza tym gościło Templariuszy, którzy podobno handlowali w La Rochelle winem. Poza tym jest legenda, że w porcie La Rochelle gościł statek, który przewoził świętego Graala. Przewozili go oczywiscie Templariusze, czyli La Rochelle byłoby też dobre na miejsce akcji dla ksiązki „Pan Samochodzik i Templariusze – kolejne starcie” czy coś w tym stylu. La Rochelle było również ważne ze względu na to, że stało się ważnym ośrodkiem protestanckim. Jednak na skutek wojen religijnych wielu hugenotów zostało zmuszonych do emigracji. Takie były czasy niestety, że nie było wolności wyznania we Francji.

Podczas drugiej wojny światowej mieściła się tutaj baza (port?) niemieckich łodzi podwodnych (niestety przez to miasto było często bombardowane), a na koniec było to pierwsze wyzwolone miasto francuskie.

Co można tutaj zwiedzić? A może raczej, co my zwiedziliśmy i robiliśmy :D ?

Plażowaliśmy, zwiedziliśmy wielkie Akwarium, Muzeum Lalek i Miniatur, port, jeździliśmy wielkim kołem (taka karuzela), płynęliśmy tramwajem wodnym, zwiedziliśmy Stare Miasto, spacerowaliśmy po pięknym parku miejskim, z mini ogrodem zoologicznym.

Tramwaj wodny – atrakcja i sposób transportu

Szczególnie polecam Akwarium, które ma wspaniały tunel z meduzami, rekiny i wiele różnych gatunków ryb i stworzeń morskich – mi się bardzo podobało.

 

 

Montmartre – drepczemy pod górkę i wymijamy innych turystów.

„X – litera równie rzadka
Jak drewniany,
Stary wiatrak.
Na wzniesieniu
Wiatrak stał,
Korzystając
Z wiatru siły.
Kiedy wiatr
Przychylny wiał,
Jego skrzydła się kręciły
I wprawiały żarna w ruch.
Sypał się z nich biały puch (…). ” Ryszard Marek Groński, ”X w: Wierszyki o literkach”

Moulin Rouge – czyli Czerwony Młyn

Wzgórze Montmartre, zanim zostało włączone w granice Paryża było miejscem pełnym winnic, wiatraków (około 30 sztuk), był też kamieniołom. Winnice dostarczały Paryżanom taniego wina, wiatraki taniej mąki, a potem wszystko się zmieniło. Oryginalne (i tanie) domy i przepiękne widoki przyciągnęły artystów, później było coraz więcej lokali, kawiarni, restauracji, powstał kabaret i miejsce to zmieniło się zupełnie. Gdzieniegdzie można odnaleźć ślad dawnych czasów, a podobno przez dawne prace górnicze w tym rejonie są zagrożone niektóre budynki. Pisałam przy okazji innego wpisu, że dzielnica ta przez jej rosnącą popularność i ceny nie jest już mekką artystów lecz przemysłu turystycznego.

Jeden z nielicznych młynów, które zostały jeszcze na wzgórzu.

Udało nam się znaleźć takie miejsce, które może choć trochę przypomina dawne czasy? Byliśmy w muzeum Montmartre, gdzie na końcu ogrodu można było zobaczyć taki widok:

Winnica

Prawda, że to nie wygląda jak Paryż? Z drugiej strony widok był równie niespotykany jak na centrum miasta.

A obok winnicy dwa ule :) Bardzo niecodzienny widok jak na Paryż.

Dzielnica Montmartre jest na pewno znana każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką, mieszkali tu wybitni malarze, pisarze, piosenkarze, kompozytorzy. Jest ich cała lista, wspomnę może tylko o kilku, bo trudno mi tu wymienić wszystkich: Vincent van Gogh, Henri de Toulouse – Lautrec, Camille Pissarro,  Pierre – Auguste Renoir, Edgar Degas, Satie, Fryderyk Chopin, Dalida, Liszt,  Wacław Niżyński, Hektor Berlioz, Jean Marais.  Na mnie robi to duże wrażenie, tylu twórców w jednym miejscu. Miejscu pięknym i nadal, mimo kłębiącego się tłumu turystów przy głównych atrakcjach (o bazylice napiszę w osobnym wpisie). Warto poświęcić trochę czasu i przejść się dalej, poza miejsca z listy „must see”. Oczywiście turyści będą wszędzie, ale będzie ich trochę mniej, będzie spokojniej i można się w spokoju „pogapić”.

Różowy Domek

Jak pisałam wyżej my poszliśmy do muzeum Montmartre i okazało się, że jest to najstarszy istniejący dom w tej dzielnicy.

Muzeum Montmartre z przodu

W środku muzeum jest piękna kolekcja obrazów, plakatów, zdjęć. Jest również do oglądania film prezentujący kankana, który zachwycił dzieci.

Muzeum Montmartre – widok od strony ogrodu.

Poza tym Montmartre to piękne uliczki i widoki (widok spod bazyliki pokażę w innym wpisie). Poniżej kilka miejsc z Montmartre.

Widok ze wzgórza.

A teraz zbliżenie tego, co widać z daleka:

Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru po Montmartre.

Korek w ciasnej uliczce

Dom porośnięty bluszczem.

Blois – magiczne miasto nad Loarą

Zamkowa rezydencja w Blois

Zatytułowałam wpis „magiczne miasto” nie dlatego, że Blois mnie jakoś szczególnie zauroczyło, choć przyznam, że jest to piękne miejsce z bardzo ładnymi widokami, ale głównie dlatego, że urodził się tutaj Houdini – słynny magik.  W Blois znajduje się teraz Dom Magii Robert – Houdin,  w którym można podziwiać pamiątki z nim związane i maszyny, które wykorzystywał w pokazach.

Dom Magii

Poza słynnym magikiem w Blois urodził się również Ludwik XII – król Francji, urodzili się tu również inni podobno znakomici Francuzi, ale ja ich nie znam niestety (tzn. przeczytałam nazwiska, ale nic mi to nie dało :D).

Zamek w Blois od drugiej strony

Leżące nad Loarą Blois ma długą historię, już w czasach rzymskich istniało tutaj miasto posiadające kanalizację, termy i urządzenia portowe. Od 1391 roku Blois było w posiadaniu rodziny Orleańskiej i rozwinęło się gospodarczo oraz również zyskało na znaczeniu jako rezydencja królewska. Po pewnym czasie miasto podupadło, ale dziękie temu, że po rewolucji francuskiej zostało stolicą departamentu Loire – et – Cher znowu zyskało na znaczeniu.

Most w Blois, przepiękny widok według mnie.

W Blois znajduje się też bardzo ciekawy kościół świętego Mikołaja, który jest interesującym przykładem budowki z pogranicza romanizmu i gotyku. Bardzo mi się ten kościół spodobał. Naprawdę bardzo.

Wejście do kościoła

Wnętrze kościoła

Przyjemny jest również spacer po mieście, uliczki i placyki są ładne. Spacerowaliśmy i po prostu oglądaliśmy otoczenie.

Uliczka – strefa pieszych

Cukiernia w Blois kusiła niezwykle kunsztownie przygotowanymi słodyczami, zauważyłam, ze we Francji jest duża dbałość o szczegóły, wszystko jest takie „dopieszczone”, aby było ładne i eleganckie.

Bardzo apetyczna wystawa cukierni

Nie zwiedziliśmy wszystkiego w Blois, bo nasz pobyt tam nie był zbyt długi, ale wydaje mi się, że zwiedziliśmy tyle, że cała rodzina była zadowolona. Byliśmy również na placu zabaw, co niesamowicie uradowało dzieciaki :)

Katedra.

Schody – uwielbiam takie uliczki, po prostu uwielbiam. Nawet jak trzeba nimi przejść :D

Zdobienie chodnika. Akurat najbardziej okazałe – czteroelementowe.

Muzeum Carnavalet w dzielnicy Marais – czyli jak się mieszkało kiedyś w Paryżu

Ulica w Marais

Pewnego dnia wybraliśmy się do dzielnicy Marais, która jest historyczną dzielnicą Paryża (ale w sumie, co w Paryżu nie jest historyczne?) i obejmuje obszar III. i IV. administracyjnej dzielnicy. O Wielkiej Historyczności tego obszaru niech świadczy też fakt, że znajduje się tutaj najstarszy plac miasta – plac Wogezów (place des Vosges). Z nazwą jest związana ciekawa historia; kiedyś plac nazywał się inaczej -mianowicie był Placem Królewskim (inauguracja placu – połączona z postawieniem tutaj karuzeli, nastąpiła w roku i z okazji ślubu Ludwika XIII z Anną Austriaczką). Jednak po rewolucji nazwa została zmieniona na cześć departamentu Wogezów, który jako pierwszy zapłacił należny podatek na rewolucyjne wojsko (czyż to nie ciekawa zachęta do płacenia podatków? Można powiedzieć nawet, że urocza.). Na placu pod numerem 6 mieszkał kiedyś Wiktor Hugo („Aby być dobrym, nie wystarczy przemilczeć pewnych prawd. Trzeba jeszcze mówić pewne kłamstwa”). pod numerem  21 kardynał Richelieu („Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.”), a pod numerem 8 pisarz Gautier („sztuka dla sztuki”) i wreszcie pod numerem 23 malarz Dufrenoy. Mieszkania mieli tam również inni ważni Francuzi, ale ja wymieniłam tylko najistotniejszych (wybór mój  osobisty i oczywiscie subiektywny).

Plac Wogezów, fontanna na środku.

Plac Wogezów – ściana boczna

 My nie zwiedziliśmy całej dzielnicy Marais, ponieważ wybraliśmy się głównie w celu odwiedzenia Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża (historia w historycznej dzielnicy! Co za dzień!).  Jednak przy okazji obejrzeliśmy powyżej opisany plac, kilka ulic  i ciekawych budynków oraz całkiem ładny kościół Saint – Paul – Saint Lous (pierwszy jezuicki kościół w Paryżu), w którym ślub (między innymi jak przypuszczam ;))  brała Leopoldina Hugo córka pisarza Wictora Hugo. Losy Leopoldiny są przygnębiające, ponieważ utopiła się w Sekwanie kilka miesięcy po ślubie. Jej maż, który chciał ją uratować utopił się również. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle, ale można powiedziec, że Leopoldina była ofiarą mody.  Z tego, co przeczytałam wynika, że przyczyną wciągnięcia jej pod wodę były cieżkie, mokre suknie.  Przez to, że kiedyś kobiety nosiły TAAAKIE wielkie suknie, to po tym jak Leopoldina wpadła do wody i się „namoczyła” to stała się bardzo ciężka. Jej mąż, który chciał ja wyciągnąć nie dał rady po prostu i poszli przez to oboje na dno. Przykra historia. Może na przekór temu, że Paryż to stolica mody trzeba pamiętać o praktycznej stronie życia, zwłaszcza jak się wybiera na rejs po Sekwanie.

Kościół świętych Pawła i Ludwika w dzielnicy Marais

Wnętrze kościoła.

Nie wiem, czy później będę jeszcze opisywać osobno dzielnicę Marais, więc teraz kilka słow na jej temat. Marais znaczy po francusku „bagno” – kiedyś były tutaj mokradła, które w średniowieczu osuszono a teren ten przeznaczono na uprawy.

Biblioteka.

Po jakimś czasie, wraz z rozwojem miasta miejsce to stało się modne wśród arystokracji (która pozostawiła po sobie wiele pięknych rezydencji), w dwudziestoleciu międzywojennym zamieszkali tu dużą grupą Zydzi (dzięki nim dzielnica znowu ożyła), a po II wojnie światowej artyści, którzy „uciekli” z Montmartre, które stało się zbyt atrakcyjnie turystycznie i tłum turystów nie pozwalał artystom na dostateczną swobodę.

jaka ulica.

Teraz artyści mieszkają znowu gdzieś indziej (podobno w okolicy najbrzydszego, według opinii wielu Paryżan, budynku miasta – wieżowca Montparnasse, z którego z kolei jest najpiękniejszy widok na miasto, bowiem jest to jedyne miejsce, gdzie nie widać jego samego :D), bo Marais przez to, że stało się modne – stało się zbyt drogie. Jednak w okolicy jest mnóstwo pięknych budynków i ciekawych muzeów, z których jedno dzisiaj opiszę. Spacerowanie ulicami Marais jest według mnie przyjemne jak każda trasa po Paryżu, w tym mieście można sobie po prostu iść i się cieszyć, że się idzie. Jasne, że są miejsca ciekawsze i mniej ciekawe turystycznie, ale wszystkie mają UROK. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że jest to urok magiczny, bo znaleźliśmy podczas naszego spaceru Muzeum Magii. Jest to prywatne muzeum otwarte niestety tylko kilka razy w tygodniu po południu, a nam nie udało się w te godziny otwarcia trafić  (tym razem!)- ale to nie szkodzi, będziemy mieć dobry pretekst by pojechać tam jeszcze raz.

Muzeum Magii

Przechodziliśmy też koło remizy strażackiej, wyjazd jest naprawdę ciasny, ale wóz strażacki się chyba mieści, skoro za bramę wjechało ich kilka.

remiza

A poniżej jeszcze źródełko wody pitnej. Takich źródełek (niekoniecznie tak wyglądających, czasami są to tylko zwykłe kraniki) jest dosyć dużo w Paryżu, woda jest zdatna do picia i można korzystać bez ograniczeń. Bardzo to sympatyczne. My korzystamy bez oporów i myślę, że to kolejny dowód na to, że Paryż to miasto przyjazne ludziom. Niby drobiazg, bo to przecież tylko woda, a efekt ogromnie pozytywny.

źródełko wody pitnej

Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża, w którym zwiedziliśmy część przestawiającą wnętrza dawnych mieszkań paryskich (są to bez wątpienia mieszkania bogatych i bardzo bogatych mieszczan).

pokój do muzykowania

różne biurka

 

Salonik

Kominek i zegar

Figurki

Figurki

Obejrzeliśmy również liczne przedmioty i symbole związane z rzemiosłem i handlem istniejącym w mieście:

Poza tym w muzeum jest dosyć ciekawa galeria obrazów, przestawiających Paryż  i jego mieszkańców w różnych okresach istnienia miasta. Jest również sala z portretami znanych mieszkańców Paryża. Zdjecia obrazów mi nie wyszły, bo strasznie odbijało się w nich światło, ale za to mam zdjęcie czegoś lepszego (przynajmniej tak mi się wydaje). Za galerią obrazów były prezentowane mieszkania ważnych ludzi kultury i był tam pokazany między innymi pokój Marcela Prousta. Jak zobaczyłam ten pokój, to o ile nie jest to zmyślona historia, że to faktycznie jego pokój, to zaczęłam mu współczuć – łóżko wyglądało na bardzo niewygodne, a pisarz spędzał w nim podobno dużo czasu.

Podsumowując ten dzień pełen historii – muzeum polecam do zwiedzenia, choć nie myślę, że to punkt obowiązkowy podczas krótkiej wizyty w Paryżu. Jednak jest ciekawe – pomieszczenia, obrazy, ciekawe przedmioty, makiety miasta – znajdzie się tu coś dla małych i dużych. Eksponaty są dosyć różnorodne. Poza tym nie jest to bardzo duże muzeum (choć nie jest też małe), więc zwiedzanie nie jest za długie – a to ważne, gdy zwiedza się z dziećmi.

W cieniu Wielkiego Łuku – dzielnica La Defense

Wielki Łuk

Dzielnica La Defense formalnie nie leży już w Paryżu, ale jak pisałam wcześniej granica pomiedzy Paryżem a najbliższymi „sąsiadami” jest cienka jak włos. I choć od obwodnicy Paryża jest już to pewien kawałek (3 stacje metra) to na dobrą sprawę nie czuje się wcale tego, że tę granicę się przekroczyło – zwłaszcza, że o całym Paryżu (rozumianym w sensie administracyjnym) można praktycznie powiedzieć, że to po prostu centrum najbliższej okolicy. Poza tym ta odległość jest naprawdę nieduża dla wyspacerowanego dorosłego, a dla małych dzieci (takich jak moje) jest w zasięgu ich możliwości – doszliśmy bez problemu już za pierwszym razem, choć później małe stopy były już zmęczone długim spacerem i wracaliśmy do domu metrem.

Zblizamy sie do dzielnicy La Defense

Najkrótsza droga prowadzi wzdłuż ruchliwej ulicy, co nie jest super przyjemne, ale ma się dzięki temu możliwość obserwowania „zbliżających się” wieżowców.

La Defense to głównie mnogość wieżowców, ale pomiędzy nimi są różne ciekawe miejsca i zaskakujące budowle/konstrukcje. My mamy jedno takie miejsce, które jest naszym ulubionym w tamtej okolicy. Widać z niego dwa ważne zabytki Paryża – szczegóły na poniższym zdjęciu. Proszę dobrze popatrzeć, co ciekawego znajduje się na dalszym planie – w sumie już przy linii horyzontu :).

Jednoczesnie widac i luk triumfalny i wieze Eifla.

Ten zbiornik wodny, ze sztucznymi kwiatami (chyba to są kwiaty?) bardzo zachęca do zatrzymania się przy nim i posiedzenia, zwłaszcza, że oferuje: ciekawy widok, ławki i stoły, oryginalną architekturę dookoła. Jest to zaskakująca alternatywa dla typowego miejsca piknikowego/odpoczynkowego na trawie, ale bardzo popularna – w porze obiadu trudno było znaleźć wolne miejsce przy stole.

Super miejsce piknikowe – dookoła zbiornika wodnego ozdobionego sztucznymi kwiatami (?) ławy i stoły.

Ławki piknikowe – podczas przerwy obiadowej zapełniają się pracownikami pobliskich wieżowców.

To co „rzuca się w oczy” w dzielnicy La Defense to brak zieleni, co nie znaczy, że zupełnie jej nie ma (dowody, że jest obecna zamieściłam na niektórych zdjęciach), ale jest w pewien sposób przytłoczona zabudową – jakby tutaj trochę nie pasowała. Jest za to tutaj coś innego, czego nie ma w całym Paryżu, zupełnie inny klimat i nastrój – bowiem dzielnica La Defense to dzielnica biznesu, strzelistych wieżowców, nowoczesności, zaskakujących rzeźb. Jednak nie ma tam takiej nerwowej atmosfery pośpiechu jak w centrum Warszawy. Francuzi generalnie sprawiają wrażenie zrelaksowanych ludzi, nawet w miejscu, gdzie obraca się dużymi sumami jak tutaj. Tego relaksu naprawdę im zazdroszczę. Spokój i uśmiech jest widoczny prawie w każdym miejscu – jeżeli jest coś, co chciałabym zabrać ze sobą jako pamiątkę z naszego pobytu tutaj, to właśnie francuskie zrelaksowanie się i radość życia.

w oddali rzeźba kciuka.

Cała ta nowoczesność – czyli biurowce, szkło razem sprawia, że jest to miejsce, które zdawałoby się nie jest „spacerowe” – ale my byliśmy tam kilka razy z prawdziwą przyjemnością spacerując i odkrywając kolejne niespodzianki.

Czerwona rzeźba.

Na pewno najważniejszy do odwiedzenia jest Wielki Luk, który leży na tzw. Paryskiej Osi Historycznej.

Widok na łuk triumfalny z brzegu dzielnicy La Defense

Dzięki temu jest doskonale widoczny spod Luku Triumfalnego (i oczywiście Luk Triumfalny jest widoczny spod Wielkiego), co daje fantastyczny efekt.

Wielki Łuk widoczny z Łuku Triumfalnego.

Spod jednego łuku obserwujemy drugi. Jeden stary i rzeźbiony – drugi nowoczesny, dosyć kanciasty w formie. Blisko naszego mieszkania jest dobry punkt obserwacyjny, z którego możemy obserwować doskonale dwa łuki -oczywiście niejdnocześnie :D. Jest to coś co wzbudza niekończący się entuzjazm u moich dzieci – wykrzykują na zmianę nazwy obu łuków i bardzo się tym cieszą.

Wielki Luk - La Grande Arche de La Défense, a właściwie Grande Arche de la Fraternité - czyli wielki łuk braterstwa to budynek, który miał uczcić ludzkość i idee humanitarne. W jego wnętrzu znajdują się biura, są wystawy.

Kształtem jest prawie sześcianem. W dolnej części jego prześwitu jest umieszczona nieregularna konstrukcja nazwana Chmurą, która ma celowo zaburzać harmonię i symetrię olbrzymiego łuku.

Łuk z boku

Warto usiąść na jego schodach (schody są z obu stron) i po prostu posiedzieć i się „pogapić” przed siebie.

 

Po drugiej stronie łuku jest taki widok.

My tak siedzieliśmy wiele razy i za każdym razem jest miło. Mimo, że patrzymy przecież na ten sam widok :) A dla rozrywki kiedyś byliśmy świadkami jakiegoś biegu dookoła wielkiego łuku – więc nigdy nie wiadomo, co się wydarzy :D

Zawody.

Do spacerów zachęca też fakt, że powierzchnia dzielnicy jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, do wieżowców można dostać się drogami w podziemiach. Jedyne auto jakie widziałam na powierzchni to było auto jakiś służb miejskich i poruszało się prędkością ślimaka i migało wszystkimi możliwymi światłami.

Instytut świata arabskiego – autentyczna refleksja architekta

Instytut Świata Arabskiego

Dzisiejszy spacer wzdłuż Sekwany zaplanowałam tak, aby zobaczyć po drodze Instytut świata arabskiego. Cześciowo dzięki temu, że mam koleżankę, która uczy się arabskiego i opowiedziała mi dużo o kulturze, historii i ekonomii tego obszaru kulturowego – byłam pewna, że to będzie ciekawe miejsce.

Przy okazji serdeczne pozdrowienia dla K. (K. wiesz, że to o Ciebie chodzi? Tylko Ty z z moich znajomych znasz arabski :)). Poszłam i zobaczyłam przepiękny budynek, a później dowiedziałam się co nieco o jego twórcy – oto dowód, że podróże i rozmowy z ludźmi kształcą i wzbogacają człowieka.

Wejście na dziedziniec.

Warto tam zajrzeć. Budynek jest prosty, a jednocześnie bogato zdobiony w charakterystyczny sposób dla tej kultury, która nie pozwala na odtwarzanie wizerunków ludzi i zwierząt. Należy też zwrócić uwagę, że otwory w ścianie zmniejszają się lub zwiększają w zależności od natężenia światła.

Budynek został zaprojektowany przez francuskiego architekta Jean Nouvel (laureat nagrody Pritzkera 2008 za całokształt twórczości), który po zaprojektowaniu instytutu (1987) zdobył międzynarodową sławę. Chciałabym przytoczyć słowa samego architekta, który wypowiada się ogólnie o architekturze, ale w tym, co mówi widać również ideę przyświecającą temu projektowi: „walczę przeciw tej architekturze seryjnej i powtarzalnej. Walczę o architekturę specyficzną dla każdej lokalizacji i każdego klienta, który ma prawo do autentycznej i oryginalnej refleksji architekta. I twierdzę, że na tym właśnie polega zawód architekta: ma on dać z siebie wszystko, umysłem i sercem, by sprawić rodzaj prezentu danej dzielnicy, miastu, klientowi i tym którzy będą tam mieszkać – a nie powtarzać typowe rozwiązania, które nie mają zazwyczaj żadnego sensu tam, gdzie się je narzuca”

Powyższe słowa według mnie w pełni znajdują odzwierciedlenie w tym budynku. Jean Nouvel mówił o tym budynku, że ma to być odzwierciedlenie świata arabskiego w Paryżu, według mnie architekt podszedł z szacunkiem do tematu i jednocześnie przedstawił ciekawą wizję połaczenia tradycji arabskiej z nowoczesnymi i unikalnymi rozwiązaniami.

Poza tym chciałam od siebie dodać, że zgadzam się z powyżej przytoczoną wypowiedzią artysty i polecam zapoznanie się z innymi jego projektami:

http://www.jeannouvel.com/

Ja z przyjemnością obejrzałam kilka projektów i w miarę wolnego czasu wrócę do tej strony aby obejrzeć wszystkie. Strona jest dostępna w języku francuskim i angielskim.

Przed głównym budynkiem są mniejsze budowle, które wzbudziły entuzjazm w moich dzieciach, bo można było się przy nich świetnie chować i biegać.

Dziedziniec przed Instytutem Świata Arabskiego

Nie miała baba klopotu – kupiła sobie koguta…

Kogut – nieoficjalny symbol Galii i Gallów  - rysunkowe przygody bajkowych postaci Asterixa i Obelixa kojarzymy chyba wszyscy z dzieciństwa – ale szczerze powiem nie pamiętam, czy był tam kogut :D.  Słowo Gallus pochodzi z łaciny i oznacza „galijski” oraz „kogut”, słowa tego używali Rzymianie na określenie ludów Francji i Belgii.

Francja przyjęła koguta jako jeden z licznych symboli swojego kraju. Francja nie posiada swojego oficjalnego godła odkąd Republika odrzuciła  herb monarchii (ze złotymi liliami), później przez krótki czas funkcjonował herb napoleoński . Inne aktualne symbole Francji: Rózgi liktorskie, Wolność, Marianne.

O francuskim kogucie myślałam intensywnie podczas naszego noclegu na biwaku w Normandii. Miałam wrażenie, że kogut w pobliżu piał całą noc. Pewnie to nie była prawda, ale piał jak zasypiałam, piał jak się obudziłam i piał i piał… pomyślałam, wtedy, że nic dziwnego, że wybrali go na symbol kraju – pewnie chcieli go przebłagać, aby tak nie hałasował :D Kogut z okolic naszego biwaku zdawał sobie nic nie robić z honoru jaki go spotkał i piał jak każdy inny – a nawet bardziej…

A kilka dni później poszłam do sklepu i kupiłam taką fajną „małą kurkę”, dzieciom się ona bardzo podobała a ja pomyślałam, że to może przepiórka, a może … no nie wiem… ale na pewno można zrobić z niej coś fajnego. W domu przetłumaczyłam sobie napis na opakowaniu i … kupiłam kogucika :D  W sumie śmiesznie wyszło, bo nigdy w życiu nie robiłam nic z koguta, w internecie znalazłam przepis na danie z kapłona, ale mój kogut na takiego nie wyglądał – wykastrowania nie mogłam definitywnie stwierdzić, ale był za malutki i za chudziutki. W przypływie inwencji twórczej wykorzystałam mrożone warzywa do kuskusu (taki zestaw akurat posiadałam w zamrażalniku a nie miałam już siły kolejny raz wyciągać dzieci na daleki spacer do sklepu), zioła prowansalskie i bazylię i z tego zestawu zrobiłam super rosół z kogucika. I tak oto wygląda moja przygoda z francuskimi kogutami… jak na razie!

Zdjęcie koguta umieszczone na początku wpisu pochodzi z: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Rooster_1_AB.jpg ,  autorem jest Andrzej Barabasz (Chepry). Niestety nie wiem jakiej narodowości jest ten kogut.

Dolina Loary, Zamek Chambord – „Piękno rzeczy śmier­telnych mi­ja, lecz nie piękno sztuki”

Zamek Chambord

Zamek Chambord

W tytule zawarłam myśl Leondardo da Vinci „Piękno rzeczy śmier­telnych mi­ja, lecz nie piękno sztuki.” z dwóch powodów, po pierwsze zamek Chambord jest wielkim dziełem architektury renesansu, a po drugie podobno Leonardo da Vinci był bezpośrednio zaangażowany w projekt zamku. Przypisywany jest mu projekt spiralnej klatki schodowej, w której dwie spirale schodów skręcają w tę sama stronę, ale nie krzyżują się ze sobą a zakończona jest latarnią w formie wieży, którą można dokładnie obejrzeć na dachu zamku również udostępnionym do zwiedzania.

latarenka na dachu

latarenka na dachu wieńcząca spiralną klatkę schodową

Na dachu

 

W zamku byłam drugi raz, pierwszy raz zwiedziliśmy go bez dzieci, podczas naszej podróży poślubnej, a teraz z dziećmi – stwierdziliśmy, że jest na tyle interesujący, że my sami chętnie zobaczymy go ponownie, a po drugie będzie to świetne miejsce do spędzenia czasu z maluchami.
Synek lubi się bawić w rycerzy, córeczka w księżniczki – czy może być lepsze miejsce do zabawy niż prawdziwy zamek?

Zamek Chambord

Zamek Chambord

Wjazd do zamku zaczyna się bajkowo, ponieważ las dookoła zamku jest otoczony murem (jest to największy ogrodzony obszar leśny w Europie, długość muru 31 km), wjeżdża się przez bramę i dalej jedziemy drogą przez piękny las – aktualnie w większości obszar rezerwatu przyrody, w którym wyznaczono specjalne miejsca, w którym można zrobić sobie piknik lub obserwować zwierzęta. My połączyliśmy jedno z drugim i udaliśmy się do punktu obserwacyjnego zjeść drugie śniadanie.
Mieliśmy szczęście, ponieważ zobaczyliśmy pięknego jelenia. Poniżej wklejam zdjęcie z jeleniem, on naprawdę tam jest, mimo, że na pierwszy rzut oka widać tylko drzewa i łąkę :)

Jeleń na łące

Jeleń na łące

Potem pojechaliśmy dalej do zamku, który zwiedziliśmy prawie cały – a raczej prawie całą część udostępnioną do zwiedzania, bo cały zamek ma 6 wież, 440 komnaty, 84 klatki schodowe i około 300 kominków.

Mała dygresja: Generalnie jeżeli chodzi o kominki, to we Francji chyba je uwielbiają. W naszym mieszkaniu są dwa, w większości mieszkań, które wybierałam był jakiś kominek,  a jeden widziałam w sklepie pomiędzy regałami. Może to jest tak, że traktują kominek jako naturalną część wystroju wnętrza – jak podłoga? Bo większość tych kominów spełnia funkcję ozdobną, w Chambord z pewnością było inaczej, musieli ich używać do ogrzewania.

Zwiedzanie Chambord jest przyjemne i ciekawe. Dzięki dzieciom wiemy, że dobrze się tam biega, dobrze chowa a poza tym jest mnóstwo interesujacych przedmiotów i pomieszczeń – zarówno dla nas jak i dla dzieci.  O spiralnej klatce schodowej już napisałam powyżej, to jest po prostu świetna sprawa – my wchodziliśmy i schodziliśmy kilka razy i nawet dla dorosłego jest to sympatyczna atrakcja.

Poza tym jest sporo urządzonych komnat, które pokazują jak kiedyś mieszkano w zamku, każda z tych komnat obrazuje inny okres historii, więc jest to ciekawa wędrówka przez wieki. Co ciekawe, dla nas – dzięki dzieciom –  szczególnie interesujace okazały się łóżka, bo przy każdym z nich padało pytanie „Czy tu spała ksieżniczka?”  Poniżej przedstawiam galerię kilku łóżek:

Poza tym udało nam się skupić uwagę dzieci podczas zwiedzania na takich ciekawych przedmiotach codziennego użytku jak … nocnik:

oraz toaletka:

Poza tym wystawa gier, w ktore kiedyś grano była też dosyć ciekawa dla maluchów:

Dawna gra

Druga dawna gra

Wielkim zaskoczeniem natomiast w zwiedzaniu zamku było dla mnie piętro, na którym była wystawa czasowa, mianowicie malarstwo artysty Alexandre Hollan (urodzony w Budapeszcie, mieszkający w Paryżu), który maluje i rysuje naturę między innymi  drzewa, skupiając się na ich kształcie i kolorze. Dlaczego zaskoczenie? Na pierwszy rzut oka nie spodobały mi się dzieła tego pana, wydały mi się takie … za proste. Tutaj piękny zamek, bogato zdobiony, rzeźbiony, a tutaj kontrast z prostymi rysunkami.  Ale powiem szczerze – dzięki mojemu synkowi, który chciał obejrzeć film o tym jak pan rysuje, zobaczyłam, że te obrazy są piękne. Obejrzałam z dziećmi film w niesamowitym skupieniu, film spodobał im się bardzo – był to dokument pokazujący jak artysta pracje w plenerze, jak powstają jego obrazy, jak kończy je w pracowni i przygotowuje do wystawy. Potem wróciliśmy do ogladania obrazów i rysunków – teraz zupełnie innym okiem. Niech żyje nowoczesność i wystawy multimedialne – dobrze, że był ten film, bo inaczej – ze wstydem przyznam – przeszłabym obok obojętnie.

Drzewo, A. Holland.

Nie będę szczegółowo przytaczała tutaj historii zamku, choć jest niezwykle interesująca – przeplatają się w niej i Leonardo da Vinci, królowie Francji, król Polski.  Zamek budowano wiele lat i „dzięki temu” zmieniało się w nim wiele – zarówno właściciele jak i koncepcja budowy. Jest dowodem na to, że podróże kształcą, ponieważ Franciszek I, który rozpoczął jego budowę po podróży do Włoch, chciał zbudować zamek w stylu włoskiego renesansu. Budowla miała być zamkiem myśliwskim, chyba to było hobby wszystkich kolejnych właścicieli zamku. Położenie zamku i sala, której zdjęcie umieszczam ponizej, są  chyba na to nalepszym dowodem:

Trofea myśliwskie

I jeszcze ciekawostka, w zamku wystąpiła przed królem Ludwikiem XIV trupa Moliera.

Po zwiedzaniu wnętrza:

Widzieliśmy również konie, ktore są trenowane do specjalnych pokazów dla publiczności, jednak my na takim pokazie nie byliśmy, widzieliśmy tylko zwierzęta wracające do stajni:

Po zwiedzaniu zamku my odpoczywaliśmy na placu zabaw dla dzieci, który jest pięknie wykonany z drewna, a  gdzie dzieci zyskały nowe siły (skąd??) widząc miejsce do swobodnego biegania.

Poniżej jeszcze kilka ujęc zamku:

Motyw salamandry – królewski symbol Franciszka I inicjatora budowy zamku.

Barowe stanie, francuskie czwartkowe spotkania uliczne

W czwartek wieczorem z barów i kawiarnii i restauracji kolo nas (wpis dotyczy naszej okolicy, ale być może tak jest w całej Francji?) dosłownie wylewają się ludzie. Francuzi generalnie lubią przesiadywanie na ulicach i stoliki w kawiarniach ustawione są tak, aby był dobry widok na przechodzących ludzi i przejeżdzające samochody – pojecia nie mam jak oni mogą rozmawiać ze sobą, ponieważ czasami hałas samochodowy jest taki, że ja nie słyszę, co dzieci do mnie mówią – a idziemy naprawdę blisko siebie zwykle.  Wydaje mi się, że kluczowa dla nich jest ta obserwacja otoczenia. Ale to moje przypuszczenie. Niedaleko nas jest dużo spokojnych uliczek, w kawiarniach zwykle nie ma tłumów, poza czwartkiem. W czwartek goście lokali zaczynają „wystawać” poza chodnik na ulicę, bo nie mieszczą się na chodniku przed barem.

Wygląda to naprawdę zabawnie. Podczas pierwszego czwartku pomyślałam sobie, że może jest jakiś mecz i transmisja, ale później się zorientowałam, że w czwartki po prostu idą postać na ulicy i chodniku pod barem. Być może wynika to z tego, że mnóstwo Francuzów pali i muszą być na zewnątrz?

Udało mi się zrobić zdjęcie wcale nie największego tłumu, ale czułam skrępowanie robiąc zdjęcia obcemu tłumowi, więc jaki tłum mam – taki pokazuję.

Oj boli… francuski pediatra

Prawdziwe nieszczęście, jesteśmy w Paryżu kilka dni, a K. (czyli córka) zachorowała – a raczej przyjechała chora, bo kaszlała już w trakcie podróży. Próba przeczekania nic nie dała, kaszle dalej. Zestaw leków, które zabrałam z Polski i jej serwuję nic nie pomaga.

Ok, zbieram się w sobie i postanawiam zadzwonić do francuskiego pediatry. Szczerze powiem, że się tego bałam strasznie – jak to wszystkiego nieznanego, więc wlałam w nią z nadzieją różne polskie lekarstwa. Niestety nie pomogło i muszę dzwonić.  Numer znajduję w internecie. Oczywiście najpierw próbowałam znaleźć anglojęzycznego lub polskojęzycznego w naszej okolicy, ale jakoś mi się nie udało.

Nie znalazłam również odpowiednika polskiej przychodni. z tego, co przeczytałam to wydaje mi się, że nie ma takich placówek, ale mogłam po prostu nie znaleźć informacji na ten temat. Człowiek w stresie może źle szukać…

Przy okazji dowiaduję się ciekawostki, że we Francji nie można komentować działalności lekarzy tak jak robimy to w Polsce na stronach typu znanylekarz. w internecie może być tylko imię i nazwisko lekarza, adres i numer telefonu.

Oj bardzo to nie ułatwia zadania, bardzo.

Gdyby był przynajmniej mail – bariera językowa by nie była już taka wysoka. Byłaby niziutka, bardzo niziutka – ja bym sobie coś skleciła jako tako, pediatra by odpowiedział – przyjaciel google translate by pomógł i jakoś by poszło.

Nie ma rady – dzwonię. Przed wybraniem numeru otwieram sobie podręcznik do francuskiego na stronie z umawianiem wizyt – ja mam akurat dentystę w rozmówkach, ale myślę, że to wszystko jedno, wiem jak powiedzieć “ona jest chora” po francusku, więc stwierdzam, że jakoś pójdzie, no a poza tym nie ma rady.

Początek jest łatwy. Dzień dobry, mówię o co chodzi – chciałabym umówić wizytę na dzisiaj. Wygląda na to, że pani mnie zrozumiała, bo przytakuje, pyta się czy dziecko jest chore. Łatwizna… myślę, mówię, że tak.

I tutaj sprawa się “rypła”. Pani zaczyna mówić dużo i niezrozumiale.

A przecież w książce było wyraźnie napisane, że ma mi zaproponować godzinę wizyty! Widać nie zna tej książki…

Zaczynam się jąkać i powtarzam jeszcze raz, że chcę wizytę na dzisiaj. A pani doktor… niech jej niebiosa sprzyjają…. pyta się łagodnie “Do you speak English?”. No i ja prawie jak były premier Marcinkiewicz: Yes, Yes, Yes!

Udało się umówić wizytę, choć dowiedziałam się, że dzwonię za wcześnie, bo pani rano nie pracuje. I znowu zawiodło mnie doświadczenie życiowe i perypetie z rejestrowaniem dzieci do przychodni na Czumy w Warszawie – tam im wcześniej tym lepiej, bo zawsze numerki właśnie się skończyły albo dostaje się ostatni, albo numerków już dawno nie ma.

Do wizyty dotrwałam w lekkich nerwach.  Dotarło do mnie to, że znam adres pani doktor, ale nie znam numeru mieszkania, co gorsza nie poznam go, bo francuskie mieszkania w sumie nie mają numerów na drzwiach.  Więc jak trafię?
W naszej kamienicy żadne mieszkanie nie ma numeru na drzwiach, właścicielka powiedziała, że my mamy numer 7 ale jest to informacja bezużyteczna. Nie mamy domofonu z numerami, nie mamy numeru mieszkania na drzwiach. Nie mam pojęcia jak mogliby trafić do nas goście nie znający naszego numeru telefonu – abyśmy mogli podać im kody do wszystkich drzwi na dole.

Dotarłam z dziećmi do kamienicy pani pediatry, w sumie był to elegancki w miarę nowy (jak na naszą okolicę) budynek z prywatnym podwórkiem, na bramie była tabliczka z informacją, że tutaj ma gabinet doktor Kh….
Świetnie. Może dalej też coś będzie. Jest domofon! Bez numerów z nazwiskami. Nazwisk jest mnóstwo – chyba ze sto, więc chwilę zajmuje mi znalezienie Kh…. Pani nam otwiera. Po wejściu orientuję się, że nie wiem, gdzie dalej – a mogłam się zapytać przez domofon, ale widocznie za mocno upajałam się szczęściem odnalezienia nazwiska lekarza..

Budynek jest duży, ma dwie klatki schodowe, dwie windy, bardzo długi korytarz po obu stronach.

Krążę chwilę z dziećmi na dole licząc, że będzie przechodził ktoś, kto mi pomoże. Krążenie i dreptanie w kółko daje efekt – nikt co prawda nie przychodzi, ale za dużą paprocią odkrywam malutką tabliczkę z napisem, że dr Kh… przyjmuje na 6-tym piętrze, winda A, potem w lewo i następnie drugie drzwi w prawo. Trafiliśmy.

A dalej już było prosto. Dogadałyśmy się z panią prawie idealnie, wykorzystałyśmy i słowa i gesty –  było miło. Dostałam receptę, zrozumiałam zalecenia, zadowolona wychodzę.

Na dodatek dowiedziałam się od pani doktor, że we Francji mają taki super wynalazek do czyszczenia nosa dla dzieci – bardzo higieniczny, który wystarcza na dwie aplikacje a nie duża butelka jak w Polsce (powiedziałam pani, że mam wodę morską do nosa w sprayu w dużej  butelce, ale pokręciła z niesmakiem głową, że to mało higieniczne)…. co to za wynalazek…? Okazało się w aptece, gdy pani skompletowała wszystkie nasze leki i wręczyła mi siateczkę. Nasza dobrze znana sól fizjologiczna w ampułkach…
Oj, chyba się z panią nie zrozumiałyśmy… Widocznie użyłyśmy za dużo gestów a za mało słów :) Zostałam właścicielką wielkiego pudła ampułek, a przecież przywiozłam sobie zapas “na wszelki wypadek” jeszcze z Polski. To teraz mam tego tyle, że na pewno mi starczy na wszystkie nosy jakie wzięliśmy ze sobą :)

Słów kilka jeszcze o rzeczy ważnej, czyli o kasie.
Wygląda to tak, że ja pani zapłaciłam, dostałam w zamian  taką kartkę z informacją, że byłam na wizycie i ile to kosztowało, którą mam przedstawić ubezpieczycielowi w celu odzyskania pieniędzy. Dostałam również receptę, czyli wielką kartkę z opisem choroby K. i przepisanymi lekarstwami wraz z dawkowaniem (wszystko wykaligrafowane piórem!), na której apteka dopisała swoje tajne  informacje na odwrocie  i oddała mi z powrotem. Dodatkowo z apteki dostałam fakturę z naklejonymi kolorowymi naklejkami z lekarstw, która będzie podstawą do odzyskania części pieniędzy od ubezpieczyciela.