Centrum Pompidou – plątanina kolorowych rur

Centrum Georges Pompidou (można się też spotkać z nazwą Beaubourg) to wspaniałe muzeum sztuki współczesnej. Wspaniałe. Nawet jeszcze raz powiem. Wspaniałe. Ja byłam oczarowana zbiorami i samym muzeum również i poczułam żal, że przez ostatnie kilka lat nie miałam tyle czasu na historię sztuki, co kiedyś (ale to chyba takie westchnienie żalu wielu osób prawda? Nie ma niestety czasu na wszystko, co by się chciało i co się nawet bardzo lubi). Na pewno wiecej bym skorzystała, gdybym miała w głowie więcej informacji na świeżo a nie musiałabym ich odkopywać z czeluści pamieci. Uważam, że do dobrego odbioru sztuki trzeba być dobrze przygotowanym. Ja byłam przygotowana średnio, ale wizytę i tak uważam za bardzo udaną – moje poczucie estetyki zostało „dopieszczone”  i na jakiś czas zaspokoiłam potrzebę obcowania ze sztuką. Jednocześnie obiecałam sobie, że muszę znaleźć na nią więcej czasu.

Frontowa ściana Pompidou – w rurze ruchome schody, którymi zwiedzający przemieszczają się pomiędzy piętrami.

Jak widać na zdjeciu powyżej Centrum Pompidou jest niesamowite, architektura tego miejsca odbiega od wszystkiego, co widziałam wcześniej. Instalacje, windy są „powyciągane” na zewnątrz i umieszczone w rurach różnego koloru. Architektem budynku był Renzo Piano wraz z Gianfranco Franchini.

Elewacja pełna rur. Budynek „od tyłu”.

Każdy kolor rury jest dedykowany czemus innemu. Elektryczność – żółte rury, klimatyzacja – niebieskie, woda – zielone, wyjścia ewakuacyjne – czerwone. Jak czytałam na początku budynek wzbudzał niesamowite kontrowersje, ale po 10 latach (gdy R. Piano odbierał nagrodę Pritzkera) budynek był już „oswojony” a rewolucyjnośc tego projektu uznana.

Pompidou – widok „od tyłu”, ciekawy kontrast z innymi budynkami na ulicy.

Jeżeli ktos lubi, to polecam zerknięcie w inne prace architekta Piano http://www.rpbw.com/

Muzeum poza wystawą dla dorosłych mieści też część dla dzieci, która jednak według mnie nie jest zbyt atrakcyjna. A na pewno nie aż tak atrakcyjna jak muzeum dla dorosłych.

Poza wystawą sztuki dla małych i dużych mieści się tutaj jakieś centrum muzyczne, restauracja, biblioteka. Poza tym miejsce żyje. Dookoła budynku jest dużo ulicznych przedstawień, mnóstwo ludzi spędza tam czas, jest kawiarnia, z krzesełkami ustawionymi „po francusku”, czyli tak, aby było widać otoczenie.

Kawiarnia przy Pompidou – krzesełka oczywiscie ustawione tak, aby można było obserwować otoczenie – typowe dla Francji.

I jest jeszcze jedna dziwna rzecz – fontanna. Wygląda inaczej niż znane mi fontanny, ale w tym miejscu przecież nie mogła wyglądać zwyczajnie :D

Fontanna przy centrum Pompidou.

Fontanna przy Pompidou.

Z Pompidou z tarasów i z ruchomych schodów (które są na zewnątrz w przezroczysto – czerwonej rurze) można obserwować widok Paryża. Poniżej jeden z tarasów w muzeum.

Taras w muzeum Pompidou

 

Sierpień we Francji

Sierpień we Francji to specyficzny miesiąc. Jest to święty czas urlopu dla Francuzów i faktycznie widać, że kto może to wypoczywa – to jest MASOWE ODPOCZYWANIE. Taka sytuacja w Polsce nie wydaje się możliwa, choć nasze lato – lipiec i sierpień to też tradycyjny okres urlopowy. Jednak jak to wygląda zwykle w pracy, gdy chcemy brać urlop? Jest rozpisywany grafik, kto kiedy, często jest mnóstwo argumentów ze strony pracodawcy, dlaczego lepiej urlopu w tym terminie nie brać itp.  A z perspektywy obserwatora wygląda mi to tak, że we Francji – jak chcesz urlop w sierpniu, to oczywiscie go dostaniesz. Mój osobisty mąż nie miał kłopotu z żadnymi dniami wolnymi do tej pory – bo też postanowiliśmy wykorzystać piękną pogodę i pojechaliśmy nad ocean plażować zgodnie z myślą, że „skoro wszedłeś między wrony musisz krakać jak i one” – więc sierpień jest idealny na wszelkie wyjazdy i nie mogliśmy po prostu wybrać innego terminu :D

Panorama z dachu Instytutu Swiata Arabskiego

A jak to wyglądało w praktyce? Na miesiąc sierpień większość sklepów, zakładów usługowych została po prostu zamknięta. Na drzwiach pojawiła się kartka z informacja, że jest doroczna przerwa i szanowni klienci będziemy pod koniec sierpnia, albo na początku września.  Na naszej uliczce był otwarty tylko sklep z mrożonkami i apteka, a na sąsiedniej – nic. Wszyscy byli na wakacjach. I tak wyglądała większośc sklepików w naszej okolicy. Otwarte zostały duże sklepy, apteki (nie wszystkie) i pojedyńcze butiki. Osobisty mąż usłyszał u siebie w pracy o klinice, w której wypisali pacjentów na sierpień, bo lekarze idą na urlopy. Ale mega hitem było dla mnie znalezienie kartki na furcie na teren koscioła (katolickiego), na której napisali, że w sierpniu kościół jest… zamknięty :D Jak wakacje to wakacje w końcu!

Ogród Luksemburski.

Część restauracji jest również zamknięta. Oczywiście nie mówię o lokalach i sklepach „żyjących” z turystów, bo one są w sezonie sierpniowym otwarte, ale kto może – nie pracuje i sam staje się turystą. Jest to naprawdę zjawisko masowe – sierpień miesiącem odpoczynku. Zauważyłam, że zdecydowanie zwiększyły się kolejki do kościołów i muzeów w tym miesiacu – do Paryża też przyjeżdża dużo turystów zwiedzać.  Plusem dla nas – jako mieszkańców – są w tym miesiącu darmowe parkingi i zauważalny większy luz na miejscach parkingowych.

Dalida – paroles, paroles, paroles, słowa, słowa, słowa

Nie spodziewałam się wcześniej, że napiszę o Dalidzie. Nie jestem fanką tej piosenkarki, choć znam kilka jej hitów, a piosenka „Paroles, Paroles” nawet bardzo mi się bardzo podoba.  Jednak spacerując po Montmartre znaleźliśmy plac Dalidy, jej pomnik, przeczytałam trochę o niej i pomyślałam, że warto o niej wspomnieć przy okazji opisywania dzielnicy Montmartre. Była to ważna postać dla kultury Francji, po prostu warto coś o niej wiedzieć. Nie będę przytaczała tutaj jej biografii, ale zachęcam do przeczytania, choćby tutaj:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dalida

Piosenkarka Dalida, której życie zawodowe było pełne sukcesów a osobiste pełne tragedii   mieszkała na Montmartre i tutaj też jest pochowana.  Plac na Montmartrze został nazwany jej pseudonimem artystycznym ku jej czci.

A poniżej widok z placu Dalidy w głąb Montmartre.

Polecę Wam jeszcze jedna piosenkę, którą akurat teraz słucham podczas pisania: „Parce que je ne t’aime plus”. Aż mi żal, że nie znam francuskiego na tyle, by rozumieć, ale może jeszcze kiedyś się nauczę… HA HA HA

Montmartre – drepczemy pod górkę i wymijamy innych turystów.

„X – litera równie rzadka
Jak drewniany,
Stary wiatrak.
Na wzniesieniu
Wiatrak stał,
Korzystając
Z wiatru siły.
Kiedy wiatr
Przychylny wiał,
Jego skrzydła się kręciły
I wprawiały żarna w ruch.
Sypał się z nich biały puch (…). ” Ryszard Marek Groński, ”X w: Wierszyki o literkach”

Moulin Rouge – czyli Czerwony Młyn

Wzgórze Montmartre, zanim zostało włączone w granice Paryża było miejscem pełnym winnic, wiatraków (około 30 sztuk), był też kamieniołom. Winnice dostarczały Paryżanom taniego wina, wiatraki taniej mąki, a potem wszystko się zmieniło. Oryginalne (i tanie) domy i przepiękne widoki przyciągnęły artystów, później było coraz więcej lokali, kawiarni, restauracji, powstał kabaret i miejsce to zmieniło się zupełnie. Gdzieniegdzie można odnaleźć ślad dawnych czasów, a podobno przez dawne prace górnicze w tym rejonie są zagrożone niektóre budynki. Pisałam przy okazji innego wpisu, że dzielnica ta przez jej rosnącą popularność i ceny nie jest już mekką artystów lecz przemysłu turystycznego.

Jeden z nielicznych młynów, które zostały jeszcze na wzgórzu.

Udało nam się znaleźć takie miejsce, które może choć trochę przypomina dawne czasy? Byliśmy w muzeum Montmartre, gdzie na końcu ogrodu można było zobaczyć taki widok:

Winnica

Prawda, że to nie wygląda jak Paryż? Z drugiej strony widok był równie niespotykany jak na centrum miasta.

A obok winnicy dwa ule :) Bardzo niecodzienny widok jak na Paryż.

Dzielnica Montmartre jest na pewno znana każdemu, kto choć trochę interesuje się sztuką, mieszkali tu wybitni malarze, pisarze, piosenkarze, kompozytorzy. Jest ich cała lista, wspomnę może tylko o kilku, bo trudno mi tu wymienić wszystkich: Vincent van Gogh, Henri de Toulouse – Lautrec, Camille Pissarro,  Pierre – Auguste Renoir, Edgar Degas, Satie, Fryderyk Chopin, Dalida, Liszt,  Wacław Niżyński, Hektor Berlioz, Jean Marais.  Na mnie robi to duże wrażenie, tylu twórców w jednym miejscu. Miejscu pięknym i nadal, mimo kłębiącego się tłumu turystów przy głównych atrakcjach (o bazylice napiszę w osobnym wpisie). Warto poświęcić trochę czasu i przejść się dalej, poza miejsca z listy „must see”. Oczywiście turyści będą wszędzie, ale będzie ich trochę mniej, będzie spokojniej i można się w spokoju „pogapić”.

Różowy Domek

Jak pisałam wyżej my poszliśmy do muzeum Montmartre i okazało się, że jest to najstarszy istniejący dom w tej dzielnicy.

Muzeum Montmartre z przodu

W środku muzeum jest piękna kolekcja obrazów, plakatów, zdjęć. Jest również do oglądania film prezentujący kankana, który zachwycił dzieci.

Muzeum Montmartre – widok od strony ogrodu.

Poza tym Montmartre to piękne uliczki i widoki (widok spod bazyliki pokażę w innym wpisie). Poniżej kilka miejsc z Montmartre.

Widok ze wzgórza.

A teraz zbliżenie tego, co widać z daleka:

Poniżej kilka zdjęć z naszego spaceru po Montmartre.

Korek w ciasnej uliczce

Dom porośnięty bluszczem.

Park/Ogród Bagatelle – drobnostka a cieszy

Przez cały czas pisania tego wpisu w głowie nuciłam piosenkę Lecha Janerki „Powinność kurdupelka”, bo jakoś tak mi się skojarzyło samo… bagatelle – bagatelka – kurdpelka….

„Goń słonia całe życie, goń
Choć on jest wielki, jak to słoń
Twa zaś powinność wszelka
Mimo tej wady kurdupelka
By zawsze w kłopot wprawiać go”

Link do piosenki wklejam poniżej, może ktoś ma ochotę posłuchać, bo piosenka jest świetna, a przy okazji czytając będziecie mieli w głowie to samo, co ja pisząc :) Choć zupełnie nie oddaje to atmosfery Ogrodu Bagatelle. Zupełnie :D

Widok na ogród różany, w oddali altanka.

 

Ogród Bagatelle jest położony w Lasku Bulońskim w Paryżu. Droga do niego jest bardzo przyjemna, my spacerowaliśmy laskiem, po drodze zatrzymaliśmy się nad jeziorkiem. I sam ogród Bagatelle taki właśnie też jest, przyjemny i uroczy. Jeżeli o  można powiedzieć, że ogród jest milutki, to ten właśnie taki jest.

Jeden z miłych zakątków w ogrodzie.

Miejsce to powstało w wyniku zakładu pomiędzy ksieciem Artois (późniejszym królem Karolem X) a Marią Antoniną. Maria Antonina postawiła na to, że nie da się zbudować pałacu i stworzyć przy nim ogrodu/parku przez okres mniej niż 90 dni, a książę Artois udowodnił jej, że można w 64 dni. Dzieła tego dokonał z architektem François-Joseph Bélanger i architektem krajobrazu Thomas Blaikie.

Aktualnie w ogrodzie odbywają się różane konkursy piękności, róże pięknie kwitną – potwierdzam. Jest ich mnóstwo i szczerze powiedziawszy nie miałam cierpliwości do obejrzenia wszystkich po kolei, jest to różany ogród do dokładnego oglądania dla koneserów i hodowców róż. Ja obejrzałam ileś rodzajów i po chwili przestałam je odróżniać. Zatem polecam obejrzenie ich z daleka – są wtedy przyjemną kolorową plamą w krajobrazie a z bliska kilka wybranych, wtedy uda się coś zapamiętać. A wyboru możemy dokonać kompletnie losowo, bo wszystkie są ładne.

„Jedna róża to piękno. Dziesięć róż to coś drogiego. Sto róż to nuda. Tysiąc róż, kapujesz?” (Eric – Emmanuel Schmitt, „Kiedy byłem dziełem sztuki”).

Róża Paparazzi – wybrany przeze mnie reprezentant róż z ogrodu.

Poza ogrodem różanym jest jeszcze wiele alejek i roślin do oglądania. Ogród jest różnorodny, nie nudziliśmy się tam. Jest ogród różany, wiele rabat z różnymi kwiatami, ogród warzywny, skały, wodospad, ogród w stylu angielskim, ładne budynki, rzeźby, dużo altanek.

Wodospad – to bylo dla nas zaskoczenie, że go zobaczyliśmy. Nawet to nie był jedyny wodospad, ale ten był największy.

Poza takimi typowo parkowymi i kwiatowymi zakątkami był jeszcze założony ogród owocowo – warzywny. Pięknie utrzymany, do podziwiania. Nie pierwszy raz we Francji spotkaliśmy się z tym, że ogląda się ogrody warzywne. W Paryżu to jest chyba niezmiernie ciekawe, ponieważ w sumie ludzie nie mają tutaj ogródków, więc może nie ma gdzie pooglądać sobie, jak rośnie fasola, cukinia, ogórki itp. Zwłaszcza jest to ciekawe dla dzieci. Ja jestem z małego miasta i wyrosłam „w ogrodzie”, ale teraz mieszkamy w Warszawie i moje dzieci mają inne doświadczenia z dzieciństwa, dlatego dla nich jest to super frajda – a mi kojarzy się z pieleniem chwastów :D.  Nasze dzieci wykrzykiwały radośnie w takich miejscach np. tak: „ZOOOOBAAACZ POOOOMIDORYYYYYY!”

Poza tym bardzo popularne w rejonie Paryża są warzywne Farmy, na które można przyjechać, kupić koszyk, napełnić go tym, co rośnie na farmie po czym kupić zawartość koszyka. My byliśmy na „Farmie Truskawkowej”, nazbieraliśmy 4 koszyki truskawek i byliśmy przeszczęśliwi. Ja się czułam przeszczęśliwa – a co dopiero dzieciaki! To były przepyszne truskawki i przyjemna odmiana od normalnego kupowania owoców w sklepie.

Małe gruszeczki w ogrodzie owocowo – warzywnym.

I jeszcze chciałam pokazać rabatkę kwiatową. Jeżeli kiedyś w życiu miałabym usypać coś w rodzaju mandali, to chciałabym usypać coś takiego. Wiem, że to nie wygląda jak mandala, ale mandale są podobno tworzone w stanie podobnym do medytacji, a ja bym mogła medytować nad taką kompozycja bardzo długo.

Kompozycja kwiatowa.

Poza tym w ogrodzie są zwierzęta, kaczki, gęsi i pawie. Był też kot, ale on chyba nie jest stałym mieszkańcem. Szukaliśmy pawich piór, ale nie mieliśmy szczęścia. Planujemy wybrać się na poszukiwania jeszcze raz.

Paw.

I na koniec urocza aleka. Proszę zwróćcie uwagę na różne odcienie zieleni. Mam nadzieję, że to widać na zdjeciu. Ten widok był bardziej odświeżąjący niż wszystkie mentosy.

Soczysta zieleń ogrodu.

Dla kogo jest miasto? Pieszy rządzi!

„Jestem z miasta.
To widać, słychać i czuć.” -

-  Kuba Sienkiewicz, Jestem z miasta, piosenka Elektrycznych Gitar.

Jakiś czas temu pisałam o tym, jak Paryżanie i Francuzi korzystają z trawy, robiąc pikniki lub po prostu odpoczywając na trawie. Bez wątpienia potrafią korzystać z dostępnych zasobów przyrody – o bez wątpienia… http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/02/ale-za-to-niedziela-ale-za-to-niedziela-w-niedziele-bedzie-piknik-park-monceau/

Przejście dla pieszych w pobliżu Moulin – Rouge.

Teraz chciałabym powiedzieć kilka słów o przechodzeniu przez ulicę i o tym jak się traktuje tutaj (we Francji) pieszego. Dlaczego taki temat? Czytam cały czas polskie wiadomości, również warszawskie i przeczytałam artykuł dotyczący jednego przejścia (w sensie miejsca) przez ulicę. Na Bródnie, niestety nie pamiętam nazwy ulicy, piesi przechodzą regularnie w pewnym miejscu, gdzie nie ma wyznaczonych pasów i urząd miasta „zastanawia się” czy zrobić tam przejście, czy nie będzie to przeszkadzało kierowcom. A przejście jest w miejscu takim „strategicznym” dla ludzi, jak wynikało z artykułu, było to dojście z osiedla do sklepu i chyba do przedszkola czy szkoły, a może do przychodni? Nie pamiętam. W każdym razie z opisu wynikało, że przejście w tym miejscu jest oczywistą oczywistością i dziwne, że go nie ma. I niepojęte dla mnie był ten tekst, „czy nie będzie to uciążliwe dla kierowców” – zwłaszcza, że był to teren osiedla mieszkaniowego.
Dlaczego dla mnie to niepojęte? Bo mieszkając tutaj bardzo szybko przyzwyczaiłam się, że miasto jest dla ludzi i ludzi się szanuje a pieszy ma pierszeństwo i koniec kropka. Obawiam się teraz, że po powrocie do Warszawy zginę podczas przechodzenia przez ulicę.

 

Jezdnia na Montmartre.

Jasne, że w Paryżu i we Francji nie przechodzę na czerwonym świetle przez wielkie ulice, gdzie samochody bardzo szybko jadą, bo nie jestem szalona. Nikt nie jest i na takich światłach/ przejściach ludzie czekają. Ale również na wielu wielkich skrzyżowaniach nie ma świateł i nie boję się tutaj przechodzić, bo wiem, że ja mam pierszeństwo – i faktycznie je mam. A na wiele spokojniejszych skrzyżowaniach i ulicach w Warszawie bałabym się przejść, gdyby nie było świateł. Na mniejszych skrzyżowaniach we Francji przechodzę również na czerwonym świetle – i wszyscy tutaj tak robią. Odnoszę wrażenie, że czerwone światło to tylko wskazówka, że mam uważać bardziej. Nawet, gdy ja mam czerwone światło to często samochody sie zatrzymują, gdy zrobię jeden krok na jezdnię. Nikt nigdy na mnie nie zatrąbił ani nie okazał zdenerwowania, gdy wychodzimy na jezdnię praktycznie „gdzie nam się podoba” – w granicach rozsądku oczywiście. Poza tym jest dużo stref „tylko dla pieszych” – co mi się ogromnie podoba. Pisałam również o dzielnicy La Defense, która jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, a do budynków samochodem. można sie dostać podziemnymi korytarzami: http://wizytawefrancji.blog.pl/2013/08/06/w-cieniu-wielkiego-luku-dzielnica-la-defense/ Wszystko można jak widać, trzeba tylko chyba dobrze ustawić priorytety.

Strefa bezsamochodowa w pobliżu naszego mieszkania.

Również patrząc z „drugiej strony” uważam, że  Paryż jest miejscem, gdzie jeździ się przyjemniej niż w Warszawie.

Generalnie ludzie tutaj są dla siebie milsi, czy to w sklepie, czy na poczcie, czy wreszcie na drodze i na przejściach. Są spokojniejsi i wygląda na to, że aż tak się nie spieszą jak w wiecznie goniącej gdzieś Warszawie. Tak to wygląda moim zdaniem i po cichu liczę, że jak wrócę to ja mając inne nastawienie do życia będę widziała również inne otoczenie.

I bardzo chciałabym, aby polskie miasto, trawa, przyroda były DLA LUDZI, których się szanuje a oni z kulturą korzystają z dostępnych zasobów.

Muzeum Carnavalet w dzielnicy Marais – czyli jak się mieszkało kiedyś w Paryżu

Ulica w Marais

Pewnego dnia wybraliśmy się do dzielnicy Marais, która jest historyczną dzielnicą Paryża (ale w sumie, co w Paryżu nie jest historyczne?) i obejmuje obszar III. i IV. administracyjnej dzielnicy. O Wielkiej Historyczności tego obszaru niech świadczy też fakt, że znajduje się tutaj najstarszy plac miasta – plac Wogezów (place des Vosges). Z nazwą jest związana ciekawa historia; kiedyś plac nazywał się inaczej -mianowicie był Placem Królewskim (inauguracja placu – połączona z postawieniem tutaj karuzeli, nastąpiła w roku i z okazji ślubu Ludwika XIII z Anną Austriaczką). Jednak po rewolucji nazwa została zmieniona na cześć departamentu Wogezów, który jako pierwszy zapłacił należny podatek na rewolucyjne wojsko (czyż to nie ciekawa zachęta do płacenia podatków? Można powiedzieć nawet, że urocza.). Na placu pod numerem 6 mieszkał kiedyś Wiktor Hugo („Aby być dobrym, nie wystarczy przemilczeć pewnych prawd. Trzeba jeszcze mówić pewne kłamstwa”). pod numerem  21 kardynał Richelieu („Boże, strzeż mnie od przyjaciół, z wrogami poradzę sobie sam.”), a pod numerem 8 pisarz Gautier („sztuka dla sztuki”) i wreszcie pod numerem 23 malarz Dufrenoy. Mieszkania mieli tam również inni ważni Francuzi, ale ja wymieniłam tylko najistotniejszych (wybór mój  osobisty i oczywiscie subiektywny).

Plac Wogezów, fontanna na środku.

Plac Wogezów – ściana boczna

 My nie zwiedziliśmy całej dzielnicy Marais, ponieważ wybraliśmy się głównie w celu odwiedzenia Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża (historia w historycznej dzielnicy! Co za dzień!).  Jednak przy okazji obejrzeliśmy powyżej opisany plac, kilka ulic  i ciekawych budynków oraz całkiem ładny kościół Saint – Paul – Saint Lous (pierwszy jezuicki kościół w Paryżu), w którym ślub (między innymi jak przypuszczam ;))  brała Leopoldina Hugo córka pisarza Wictora Hugo. Losy Leopoldiny są przygnębiające, ponieważ utopiła się w Sekwanie kilka miesięcy po ślubie. Jej maż, który chciał ją uratować utopił się również. Mam nadzieję, że nie zabrzmi to źle, ale można powiedziec, że Leopoldina była ofiarą mody.  Z tego, co przeczytałam wynika, że przyczyną wciągnięcia jej pod wodę były cieżkie, mokre suknie.  Przez to, że kiedyś kobiety nosiły TAAAKIE wielkie suknie, to po tym jak Leopoldina wpadła do wody i się „namoczyła” to stała się bardzo ciężka. Jej mąż, który chciał ja wyciągnąć nie dał rady po prostu i poszli przez to oboje na dno. Przykra historia. Może na przekór temu, że Paryż to stolica mody trzeba pamiętać o praktycznej stronie życia, zwłaszcza jak się wybiera na rejs po Sekwanie.

Kościół świętych Pawła i Ludwika w dzielnicy Marais

Wnętrze kościoła.

Nie wiem, czy później będę jeszcze opisywać osobno dzielnicę Marais, więc teraz kilka słow na jej temat. Marais znaczy po francusku „bagno” – kiedyś były tutaj mokradła, które w średniowieczu osuszono a teren ten przeznaczono na uprawy.

Biblioteka.

Po jakimś czasie, wraz z rozwojem miasta miejsce to stało się modne wśród arystokracji (która pozostawiła po sobie wiele pięknych rezydencji), w dwudziestoleciu międzywojennym zamieszkali tu dużą grupą Zydzi (dzięki nim dzielnica znowu ożyła), a po II wojnie światowej artyści, którzy „uciekli” z Montmartre, które stało się zbyt atrakcyjnie turystycznie i tłum turystów nie pozwalał artystom na dostateczną swobodę.

jaka ulica.

Teraz artyści mieszkają znowu gdzieś indziej (podobno w okolicy najbrzydszego, według opinii wielu Paryżan, budynku miasta – wieżowca Montparnasse, z którego z kolei jest najpiękniejszy widok na miasto, bowiem jest to jedyne miejsce, gdzie nie widać jego samego :D), bo Marais przez to, że stało się modne – stało się zbyt drogie. Jednak w okolicy jest mnóstwo pięknych budynków i ciekawych muzeów, z których jedno dzisiaj opiszę. Spacerowanie ulicami Marais jest według mnie przyjemne jak każda trasa po Paryżu, w tym mieście można sobie po prostu iść i się cieszyć, że się idzie. Jasne, że są miejsca ciekawsze i mniej ciekawe turystycznie, ale wszystkie mają UROK. Pozwolę sobie nawet powiedzieć, że jest to urok magiczny, bo znaleźliśmy podczas naszego spaceru Muzeum Magii. Jest to prywatne muzeum otwarte niestety tylko kilka razy w tygodniu po południu, a nam nie udało się w te godziny otwarcia trafić  (tym razem!)- ale to nie szkodzi, będziemy mieć dobry pretekst by pojechać tam jeszcze raz.

Muzeum Magii

Przechodziliśmy też koło remizy strażackiej, wyjazd jest naprawdę ciasny, ale wóz strażacki się chyba mieści, skoro za bramę wjechało ich kilka.

remiza

A poniżej jeszcze źródełko wody pitnej. Takich źródełek (niekoniecznie tak wyglądających, czasami są to tylko zwykłe kraniki) jest dosyć dużo w Paryżu, woda jest zdatna do picia i można korzystać bez ograniczeń. Bardzo to sympatyczne. My korzystamy bez oporów i myślę, że to kolejny dowód na to, że Paryż to miasto przyjazne ludziom. Niby drobiazg, bo to przecież tylko woda, a efekt ogromnie pozytywny.

źródełko wody pitnej

Muzeum Carnavalet – muzeum historii Paryża, w którym zwiedziliśmy część przestawiającą wnętrza dawnych mieszkań paryskich (są to bez wątpienia mieszkania bogatych i bardzo bogatych mieszczan).

pokój do muzykowania

różne biurka

 

Salonik

Kominek i zegar

Figurki

Figurki

Obejrzeliśmy również liczne przedmioty i symbole związane z rzemiosłem i handlem istniejącym w mieście:

Poza tym w muzeum jest dosyć ciekawa galeria obrazów, przestawiających Paryż  i jego mieszkańców w różnych okresach istnienia miasta. Jest również sala z portretami znanych mieszkańców Paryża. Zdjecia obrazów mi nie wyszły, bo strasznie odbijało się w nich światło, ale za to mam zdjęcie czegoś lepszego (przynajmniej tak mi się wydaje). Za galerią obrazów były prezentowane mieszkania ważnych ludzi kultury i był tam pokazany między innymi pokój Marcela Prousta. Jak zobaczyłam ten pokój, to o ile nie jest to zmyślona historia, że to faktycznie jego pokój, to zaczęłam mu współczuć – łóżko wyglądało na bardzo niewygodne, a pisarz spędzał w nim podobno dużo czasu.

Podsumowując ten dzień pełen historii – muzeum polecam do zwiedzenia, choć nie myślę, że to punkt obowiązkowy podczas krótkiej wizyty w Paryżu. Jednak jest ciekawe – pomieszczenia, obrazy, ciekawe przedmioty, makiety miasta – znajdzie się tu coś dla małych i dużych. Eksponaty są dosyć różnorodne. Poza tym nie jest to bardzo duże muzeum (choć nie jest też małe), więc zwiedzanie nie jest za długie – a to ważne, gdy zwiedza się z dziećmi.

Jak raz na zawsze pozbyć się migreny -czyli legenda o świętym Dionizym

Dzisiaj opowiem legendę, która dotyczy przepięknego fragmentu Paryża – Montmartre. Na zdjeciu poniżej widok na Montmartre z imponującą bazyliką Sacre Coeur dominującą nad pozostałymi budynkami.

Wzgórze Montmartre – miejsce akcji legendy o świętym Dionizym.

Dionizy – zanim jeszcze został świętym Dionizym (Saint Denis) był biskupem wysłanym w okolicach roku 250 n.e. do Galii (czyli na teren dzisiejszej Francji,  do miasta Paryża, które wcześniej było nazywane Lutecją) przez papieża Fabiana, w celu zorganizowania lokalnego kościoła katolickiego (nie była to jedyna wyprawa mająca taki cel). Do pomocy dostał dwóch towarzyszy: Rustyka i Eleuteriusza. Pechowo dzielna grupa przybyła do Paryża ze swoim zadaniem w czasach rządów rzymskiego ceszarza Waleriana (zwanego również Walerianem Starszym), który prowadził regularne prześladowania chrześcijan, których religię uznawał za zagrażającą religii rzymskiej. Czas pokazał, że Walerian miał oczywiście rację. Jednak osobista historia Dionizego nie była wesoła. Dionizy i jego towarzysze zostali schwytani i poddani torturom (byli przypiekani ogniem i polewani wrzątkiem jak przeczytałam w jednej z wersji tej legendy) a następnie ścięci na Wzgórzu Merkurego. I wtedy zdarzył się cud… (tutaj przechodzę do tej bajkowej części legendy) – Dionizy wziął swoją głowę i odszedł z nią z miejsca kaźni aby dojść do bardziej godnego miejsca pochówku.
Dzięki temu (między innymi oczywiście) Dionizy – już święty, został patronem Francji i … cierpiących na ból głowy i migrenę.
A wzgórze Merkurego zostało nazwane Wzgórzem Męczenników – Mons Martyrorum – z której powstała dzisiejsza nazwa Montmartre. Jednak takie tłumaczenie pochodzenia nazwy tej historycznej części Paryża to też część legendy, bo tak naprawdę etymologia słowa Montmartre to kolejne przekształcania nazwy  Mons Mercurii – czyli wzgórze Merkurego.

Dzisiejszy Montmartre nie zapomniał o swoim świętym – udało mi się znaleźć pomnik świętego Dionizego.

I jeszcze ujęcie z boku, na którym lepiej widać, że głowa nie znajduje się tam, gdzie powinna tylko spoczywa w jego dłoniach.

 

W cieniu Wielkiego Łuku – dzielnica La Defense

Wielki Łuk

Dzielnica La Defense formalnie nie leży już w Paryżu, ale jak pisałam wcześniej granica pomiedzy Paryżem a najbliższymi „sąsiadami” jest cienka jak włos. I choć od obwodnicy Paryża jest już to pewien kawałek (3 stacje metra) to na dobrą sprawę nie czuje się wcale tego, że tę granicę się przekroczyło – zwłaszcza, że o całym Paryżu (rozumianym w sensie administracyjnym) można praktycznie powiedzieć, że to po prostu centrum najbliższej okolicy. Poza tym ta odległość jest naprawdę nieduża dla wyspacerowanego dorosłego, a dla małych dzieci (takich jak moje) jest w zasięgu ich możliwości – doszliśmy bez problemu już za pierwszym razem, choć później małe stopy były już zmęczone długim spacerem i wracaliśmy do domu metrem.

Zblizamy sie do dzielnicy La Defense

Najkrótsza droga prowadzi wzdłuż ruchliwej ulicy, co nie jest super przyjemne, ale ma się dzięki temu możliwość obserwowania „zbliżających się” wieżowców.

La Defense to głównie mnogość wieżowców, ale pomiędzy nimi są różne ciekawe miejsca i zaskakujące budowle/konstrukcje. My mamy jedno takie miejsce, które jest naszym ulubionym w tamtej okolicy. Widać z niego dwa ważne zabytki Paryża – szczegóły na poniższym zdjęciu. Proszę dobrze popatrzeć, co ciekawego znajduje się na dalszym planie – w sumie już przy linii horyzontu :).

Jednoczesnie widac i luk triumfalny i wieze Eifla.

Ten zbiornik wodny, ze sztucznymi kwiatami (chyba to są kwiaty?) bardzo zachęca do zatrzymania się przy nim i posiedzenia, zwłaszcza, że oferuje: ciekawy widok, ławki i stoły, oryginalną architekturę dookoła. Jest to zaskakująca alternatywa dla typowego miejsca piknikowego/odpoczynkowego na trawie, ale bardzo popularna – w porze obiadu trudno było znaleźć wolne miejsce przy stole.

Super miejsce piknikowe – dookoła zbiornika wodnego ozdobionego sztucznymi kwiatami (?) ławy i stoły.

Ławki piknikowe – podczas przerwy obiadowej zapełniają się pracownikami pobliskich wieżowców.

To co „rzuca się w oczy” w dzielnicy La Defense to brak zieleni, co nie znaczy, że zupełnie jej nie ma (dowody, że jest obecna zamieściłam na niektórych zdjęciach), ale jest w pewien sposób przytłoczona zabudową – jakby tutaj trochę nie pasowała. Jest za to tutaj coś innego, czego nie ma w całym Paryżu, zupełnie inny klimat i nastrój – bowiem dzielnica La Defense to dzielnica biznesu, strzelistych wieżowców, nowoczesności, zaskakujących rzeźb. Jednak nie ma tam takiej nerwowej atmosfery pośpiechu jak w centrum Warszawy. Francuzi generalnie sprawiają wrażenie zrelaksowanych ludzi, nawet w miejscu, gdzie obraca się dużymi sumami jak tutaj. Tego relaksu naprawdę im zazdroszczę. Spokój i uśmiech jest widoczny prawie w każdym miejscu – jeżeli jest coś, co chciałabym zabrać ze sobą jako pamiątkę z naszego pobytu tutaj, to właśnie francuskie zrelaksowanie się i radość życia.

w oddali rzeźba kciuka.

Cała ta nowoczesność – czyli biurowce, szkło razem sprawia, że jest to miejsce, które zdawałoby się nie jest „spacerowe” – ale my byliśmy tam kilka razy z prawdziwą przyjemnością spacerując i odkrywając kolejne niespodzianki.

Czerwona rzeźba.

Na pewno najważniejszy do odwiedzenia jest Wielki Luk, który leży na tzw. Paryskiej Osi Historycznej.

Widok na łuk triumfalny z brzegu dzielnicy La Defense

Dzięki temu jest doskonale widoczny spod Luku Triumfalnego (i oczywiście Luk Triumfalny jest widoczny spod Wielkiego), co daje fantastyczny efekt.

Wielki Łuk widoczny z Łuku Triumfalnego.

Spod jednego łuku obserwujemy drugi. Jeden stary i rzeźbiony – drugi nowoczesny, dosyć kanciasty w formie. Blisko naszego mieszkania jest dobry punkt obserwacyjny, z którego możemy obserwować doskonale dwa łuki -oczywiście niejdnocześnie :D. Jest to coś co wzbudza niekończący się entuzjazm u moich dzieci – wykrzykują na zmianę nazwy obu łuków i bardzo się tym cieszą.

Wielki Luk - La Grande Arche de La Défense, a właściwie Grande Arche de la Fraternité - czyli wielki łuk braterstwa to budynek, który miał uczcić ludzkość i idee humanitarne. W jego wnętrzu znajdują się biura, są wystawy.

Kształtem jest prawie sześcianem. W dolnej części jego prześwitu jest umieszczona nieregularna konstrukcja nazwana Chmurą, która ma celowo zaburzać harmonię i symetrię olbrzymiego łuku.

Łuk z boku

Warto usiąść na jego schodach (schody są z obu stron) i po prostu posiedzieć i się „pogapić” przed siebie.

 

Po drugiej stronie łuku jest taki widok.

My tak siedzieliśmy wiele razy i za każdym razem jest miło. Mimo, że patrzymy przecież na ten sam widok :) A dla rozrywki kiedyś byliśmy świadkami jakiegoś biegu dookoła wielkiego łuku – więc nigdy nie wiadomo, co się wydarzy :D

Zawody.

Do spacerów zachęca też fakt, że powierzchnia dzielnicy jest praktycznie wyłączona z ruchu kołowego, do wieżowców można dostać się drogami w podziemiach. Jedyne auto jakie widziałam na powierzchni to było auto jakiś służb miejskich i poruszało się prędkością ślimaka i migało wszystkimi możliwymi światłami.

Ale za to niedziela, ale za to niedziela – w niedzielę będzie piknik! Park Monceau.

Park Moceau – jeziorko

W pewna słoneczną niedzielę – a takich na szczęście ostatnio nie brakuje – wybraliśmy się wszyscy do Parku Monceau na długi spacer. Spędziliśmy tam dużo czasu i wizyta w tym parku jest dla mnie dobrym pretekstem do opisania francuskich pikników – oczywiscie widzianych moimi – niefrancuskimi – niebieskimi oczami.

Po co jest trawa? I dla kogo jest trawa? Poniżej zdjęcia trawy w Parku Monceau, ale jest to widok typowy dla wszelkich obszarów trawiastych w parkach w wolny dzień.

Trawa we Francji jest dla ludzi – a nie dla psów zanieczyszczających każdy skrawek zieleni jak w Wawie. A służy głównie do robienia pikników. Pikniki są małe i duże. Małe pikniki są np. w przerwie na lunch, gdy ludzie przychodzą sami albo w mniejszych lub większych grupach i zjadają posiłek a potem po prostu leża albo siedzą i robią NIC. Na początku zaskakiwał mnie widok pana w garniturze lub pani w eleganckim biurowym ubraniu, którzy przychodzili do parku i siadali na trawie, wyciągali jedzenie, zjadali, chwilę leżeli albo siedzieli a potem zbierali się z powrotem do pracy. Potem się do tego przyzwyczaiłam, a teraz bardzo mi się to podoba. Myślę, że to bardzo odświeżąjący zwyczaj w połowie dnia – wydaje mi się, że Francuzi lubią cieszyć się życiem i lubią relaks. Wychodzą oczywiscie nie tylko do parków, na trawę – bo nie każdy ma blisko swojej pracy teren zielony, ale siadają na ławkach, murkach, stopniach schodów. Nie każdy chodzi do restauracji na obiad w połowie dnia, a przyznam, że tak myslalam przed przyjazdem tutaj. Trudno mi jednak coś powiedzieć o jakiś proporcjach, nie wiem też, czy wszyscy pracujący robią sobie przerwy. Koleżanka, która jest bardziej zaznajomiona z kulturą Francji powiedziała mi kiedyś, że przerwa w połowie dnia to świętość i od 12:00 do około 14:00 nie wypada wręcz dzwonić gdzieś i próbować coś załatwić, bo to jest niegrzeczne. Nawet jeżeli ktoś siedzi wtedy przy biurku to podobno nie odbiera, bo przecież ma wtedy przerwę! Na ile to prawda – nie wiem, ale powtarzam, co słyszałam. Moje obserwacje zdają się potwierdzać w znacznym stopniu to, ze przerwa na lunch jest ważna i wtedy trzeba ODPOCZĄĆ i robić NIC.

Rotunda przy głownym wejsciu do Parku Monceau.

Myślę, że Francuzi kochają pikniki i potrafią korzystać z każdego kawałka zieleni, który mają. W wielu miejscach są wyznaczone specjalne miejsca na pikniki – np. w ogrodach Wersalu są specjalne stoły i wielki teren zielony przeznaczony właśnie na pikniki. Ale nie tylko tam widziałam specjalne tablice informacyjne wskazujące „miejsce piknikowe”. Gdy takich oficjalnych wskazań nie ma, to znaczy, ze piknikować można, gdzie się ma ochotę. Z tym, że kilka razy widziałam znak „zakaz leżenia na trawie” – ale to było przy jakiś ważniejszych zabytkach. Przyznam, że kiedy pierwszy raz byliśmy we Francji nie zwróciłam na to wcale uwagi. A teraz, gdy mamy więcej czasu i my też robimy pikniki z dziećmi widzimy jakie to jest popularne. Czasem wieczorem widzę, że cała rodzina wychodzi i je kolację na trawie. Być może to upodobanie bierze sie stąd, że w Paryżu są głównie kamienice i ludzie nie mają dostępu do prywatnych ogródków? Ale jakiekolwiek byłoby źródło tego zwyczaju bardzo mi się to podoba. A nasze dzieci są zachwycone, tekst „to gdzie zrobimy piknik?” to już codzienność :D

Niestety muszę to powiedzieć, ale z przykrością porównuję stan polskich trawników do tych, które widuję tutaj. Oczywiście, czasem jest jakaś psia kupa – ale jest to bardziej wyjątkowe niż normalne zjawisko. Tymczasem w parku najbliżej naszego mieszkania w Wawie wygląda czasem tak, jakby psich odchodów było tyle samo, co trawy.
Słyszałam, że kiedyś w Paryżu psich zanieczyszczeń było więcej, ale teraz muszę przyznać, że jest czysto.

Jeszcze dodam kilka słów, a raczej zdań o samym parku Monceau. Park jest całkiem wiekowy, został założony w 1778 roku, w stylu angielsko – chińskim. Angielsko – bo założyciel książe Chartres – Filip Orleański był miłośnikiem wszystkiego co angielskie, a chińskim – bo podobno to było wtedy modne (pozostałości stylu chińskiego są w różnych miejscach we Francji). Dodam, że park był założony jako park publiczny, jednak nawet to jak i glosowanie za egzekucją swojego kuzyna – króla Francji nie uchroniło księcia – właściciela parku przed gilotyną rewolucji a park został znacjonalizowany. Po przywróceniu monarchii (na jakiś czas) park powrócił do rodziny księcia, która sprzedała połowę parku ówczesnym „deweloperom” , a resztę w 1860 roku kupiło miasto i park pozostał publiczny. Przez lata park się trochę zmieniał, przybyło trochę rzeźb. Claude Monet malował tutaj swoje obrazy (czytałam, że dwa), podobno spacerował tutaj Hector Berlioz.

Park otwiera swoje bramy rano a zamyka wieczorem, jednak… jest wyjątek. 6 prywatnych rezydencji położonych przy parku ma nielimitowany dostęp do niego przez całą dobę. To się nazywa luksusowa przestrzeń piknikowa! Można robić prywante pikniki nocne :D