La Rochelle – plaża, meduzy, rekiny i inne wakacyjne przyjemności

Plażowanie, odpoczywanie

Jak pisałam wcześniej – sierpień miesiacem wakacji, zatem pojechaliśmy w sierpniu się wakacjować między innymi do La Rochelle. La Rochelle jest turystyczną miejscowością położoną nad Zatoką Biskajską (czyli jest to Ocean Atlantycki :) ). Miejsce to wymyślił mój osobisty mąż i chociaż znalazł je przypadkiem, czytając w przewodniku, co ciekawego jest w drodze do Bordoux, gdzie planowaliśmy docelowo pojechać; to trafił w dziesiątkę. Ostatecznie do Bordoux nie dojechaliśmy, bo w La Rochelle spodobało nam się tak bardzo, że zostaliśmy tam cały czas, który mieliśmy do dyspozycji.

Dwie wieże, pomiędzy którymi kiedyś kiedyś rozciągano łańcuch, który bronił dostępu do portu.

Choć przyznam szczerze, że na początku – pierwszego dnia, byliśmy przekonani, że zwijamy się następnego ranka. Miasto przywitało nas upałem, wielką kolejką w informacji turystycznej w centrum, gorąco aż buchało z chodników i ulic – nic nie wydawało się wtedy ładne. Na dodatek pani w informacji turystycznej wskazała nam plaże, które zupełnie nie przypadły nam do gustu. Pierwszy dzień spędziliśmy na szukaniu miejsca, które nam się spodoba do plażowania i byliśmy dosyć… rozczarowani. Pierwsza plaża zamiast piasku miała jakby grubo zmielone muszle, druga plaża wyglądała lepiej, ale trafiliśmy na odpływ, który odsłonił 20 metrową strefę błota. Błoto pachniało brzydko, lepiło się do wszystkiego zielono – czarną mazią – aby dostać się do wody trzeba było przejść, przez śliską strefę błota – nie było innej rady. Dla mnie dotknięcie tego stopami było torturą, ohydnym obrzydliwym doświadczeniem. Za to dzieci… wyturlały się w tym całe. Wyglądały niesamowicie,  potem wyturlały się w piasku i wyglądały jak Piaskowy Ludek. Wszystko fajnie, ale wymycie dzieci z tego „czegoś” pod zimnym prysznicem na plaży było niemiłe i dla nich i dla nas.

Ale później daliśmy miastu i okolicy jeszcze jedną szansę i bardzo dobrze! Kolejna nauka życiowa, że pierwsze wrażenie zwodzi. Miasto zwiedzone nie w upale, tylko podczas przyjemnego ciepłego popołudnia było urocze i ciekawe. A plaża, którą znaleźliśmy na wyspie Ile de Re tak bardzo przypadła nam do gustu, że wracaliśmy na nią jeszcze kilka razy.

Widok z karuzeli – wielkiego koła

 

La Rochelle ma ciekawą historię, jest starym miastem. Było ważnym portem handlowym (początkowo handlowano głównie winem, solą i serem, a w okresie zdobywania Nowego Swiata również niewolnikami z Afryki, futrami z Kanady i cukrem z Ameryki Srodkowej). Poza tym gościło Templariuszy, którzy podobno handlowali w La Rochelle winem. Poza tym jest legenda, że w porcie La Rochelle gościł statek, który przewoził świętego Graala. Przewozili go oczywiscie Templariusze, czyli La Rochelle byłoby też dobre na miejsce akcji dla ksiązki „Pan Samochodzik i Templariusze – kolejne starcie” czy coś w tym stylu. La Rochelle było również ważne ze względu na to, że stało się ważnym ośrodkiem protestanckim. Jednak na skutek wojen religijnych wielu hugenotów zostało zmuszonych do emigracji. Takie były czasy niestety, że nie było wolności wyznania we Francji.

Podczas drugiej wojny światowej mieściła się tutaj baza (port?) niemieckich łodzi podwodnych (niestety przez to miasto było często bombardowane), a na koniec było to pierwsze wyzwolone miasto francuskie.

Co można tutaj zwiedzić? A może raczej, co my zwiedziliśmy i robiliśmy :D ?

Plażowaliśmy, zwiedziliśmy wielkie Akwarium, Muzeum Lalek i Miniatur, port, jeździliśmy wielkim kołem (taka karuzela), płynęliśmy tramwajem wodnym, zwiedziliśmy Stare Miasto, spacerowaliśmy po pięknym parku miejskim, z mini ogrodem zoologicznym.

Tramwaj wodny – atrakcja i sposób transportu

Szczególnie polecam Akwarium, które ma wspaniały tunel z meduzami, rekiny i wiele różnych gatunków ryb i stworzeń morskich – mi się bardzo podobało.

 

 

Hawr – powojenny żelbetonowy feniks

Wieża dominująca nad miastem.

Hawr jest miastem przemysłowym, największym portem Francji położonym w Normandii. Podczas drugiej wojny światowej tereny te były niemal całowicie zniszczone, dlatego poza jednym kościołem  - katedrą Notre Dame przy rue de Paris, nie ma tu przedwojennych zabytków.

Katedra Notre Dame – zabytek sprzed II wojny

Wnętrze kosciola Notre Dame, prawda, ze nie jest zaskakujące?

Bardzo chciałam zobaczyć Hawr z kilku powodów: chciałam zobaczyć Kanal La Manche (czy morze będzie wyglądało tam inaczej? :D), most Normandzki (most wantowy – czyli podwieszany z 1995 roku,  łączy Hawr i Honfleur, długość całego mostu 2143 m, projektant  Michel Virlogeux ) oraz przede wszystkim chcialam zobaczyć planowo (czyli sensownie i z namysłem) zbudowane miasto. Bowiem Hawr po 1945 roku został zaplanowany całkowicie od nowa, przeczytałam, że jest to „wzorcowo, od podstaw, zbudowane miasto” i dzięki temu całe cenrum Hawru znajduje się na Liście Swiatowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO (tak jak warszawska Starówka).

Most  Normandzki przejechaliśmy i zobaczyliśmy – podobał mi się bardzo, robi duże wrażenia zarówno tym jak on wygląda jak i widokami z mostu.

Wjazd na most.

Jedziemy przez most Normandzki.

 

Architekt Auguste Perret, który był głównym projektantem Hawru nazywany jest „ojcem żelbetu” – ponieważ jako jeden z pierwszych zaczął stosować żelazobeton w budownictwie i wymyślił taki sposób konstrukcji szkieletowej, który pozwalał na dowolne zaprojektowanie wnętrza w zależności od potrzeb. O Auguste Perret mówi się też, że był  ”poetą żelbetu”, sam architekt powiedział tak: „L’architecte est un poète qui pense et parle en construction” – co przetłumaczyłabym jako „Architekt jest poetą, który myśli i mówi budowlą”. Jeżeli ktoś ma pomysł na lepsze tłumaczenie, to zapraszam – mój francuski jest raczej kiepski.
Perret położył podwaliny pod to, co nazywamy nowoczesną architekturą. Jego dokonaniami inspirowali się następni wielcy architekci, między innymi Le Corbusier. Wielkie nazwiska – jak tutaj Corbusiera –  robią wrażenie, więc myślę, że teraz wszyscy zdajemy sobie sprawę z zasług Perreta, który przynajmniej dla mnie był nieznany wcześniej.

„Poeta i ojciec żelbetu” – szystko stało się jasne, gdy zobaczyłam Hawr. Miasto jest betonowe i dosyć kanciaste. Jest inne i jest trudne w odbiorze. Spacerując tam zadawałam sobie kilkakrotnie w głowie pytanie, czy mi się tam podoba czy nie. Nie jestem pewna, czy chciałabym tam mieszkać, choć trzeba przyznać, że dla człowiek przyzwyczajony do pewnego okresu polskiej architektury czuje się tam jak u siebie.

 

Centrum

Jednak, co ważne, w mieście jest dużo zieleni (700 hektarów terenów zielonych), są piękne ogrody – o jednym z nich napiszę za chwilę.

Szklarnie i trawnik – jeden z poziomów Wiszących Ogrodów, o których będzie niżej.

Poza betonową kanciastością zaskoczył mnie budynek domu kultury Le Volcan, który przypomina (ma przypominać?) wulkan. Architektem jest Oscar Niemeyer, który projektował budynki w Brasilii. Szłam do tego budynku z wielką chęcią i entuzjazmem, bo chciałam zobaczyć coś innego i przeżyłam duże rozczarowanie. Nawet nie chciało mi się go długo oglądać, wyobraźnia niestety podpowiedziała mi coś zupełnie innego i jak zobaczyłam biały „wulkan” (a raczej dwa białe wulkany) to zostało mi do powiedzenia tylko „łeeee”.  Później przeczytałam, że o tym miejscu mówi się czasem „kubek jogurtu”, więc pewnie nie tylko ja miałam mieszane uczucia, co do urody tego miejsca. Myślę, że jakbym szła do ośrodka kultury „le yaourt” zamiast do „le volcan” to bardziej czulabym pewność, że trafiłam w dobre miejsce. Jednak mimo wyglądu, który pewnie wielu się może podobać, ten ośrodek kultury jest bardzo ważny dla regionu i całej Francji.

Ale Hawr to nie tylko budynki i modelowa urbanistyka. To również ciekawa plaża, z której mieszkańcy intensywnie korzystają, my akurat mimo średniej pogody trafiliśmy na dni sportu i było dużo atrakcji do oglądania, poza tym ludzie puszczali latawce – może też w ramach tych dni sportu, tego nie wiem.

 

Plaża jest kamienista, ale siedziało się na niej super.

Spędziliśmy dużo czasu po prostu patrząc się przed siebie na fale, dzieci szukały fajnych kamieni. Bardzo miły relaks. To było właśnie to, czego oczekiwałam od morza. Tego spokoju, który udzielił się również mnie, wtedy pomyślałam, że przyjemnie tu się pewnie żyje.

Jest to miasto portowe, wiec podczas spaceru wdłuż wybrzeża obserwowaliśmy też statki.

w porcie

A teraz czas na opisanie ogrodu, który zrobił na mnie duże wrażenie swoją estetyką, pomysłowością i widokiem jaki się ze niego roztacza. Odwiedziliśmy „Wiszące ogrody”, które mieszczą się w czymś w rodzaju starego fortu. Są wielopoziomowe, bogate w różnorodną pięknie zadbaną roślinność, a z najwyższego „piętra” rozpościera się przed nami niezwykły widok na centrum miasta i port.

 

Widok na centrum miasta

I tak jak pisałam wcześniej, wcale nie jestem pewna, czy chciałabym tam mieszkać, ale było tam, w tej zieleni i betonie Hawru coś, co chwytało za serce i człowiek czuł się tam szczęśliwy. Może to przez morze? Może to przez zieleń? Może przez dosyć znajomą architekturę?
W przewodniku przeczytałam, że Hawr jest zwykle omijany przez turystów. Chciałabym tutaj zaapelować do wszystkich, jeżeli będziecie kiedyś mieli okazję tam pojechać, to skorzystajcie z niej. Zobaczycie ciekawe miasto, bo interesujące miejsca to nie tylko architektura pełna rzeźb i gargulców, prawda?